Wrażliwe dane osobowe

Tegoroczne zmiany w ustawie o ochronie danych osobowych  wzmocniły rolę Administratora Bezpieczeństwa Informacji (ABI). Powołanie ABI jest o tyle korzystne, że wtedy nie trzeba rejestrować u GIODO zbiorów danych osobowych, lecz to ABI prowadzi „własny” rejestr takich zbiorów danych osobowych. Nie jest to jednak całkowita prawda. Nie zawsze powołanie ABI zwalnia z obowiązku zgłoszenia zbiorów danych osobowych do GIODO. Wyjątek ten dotyczy tzw. danych wrażliwych (danych sensytywnych), a konkretnie tych wskazanych w art. 27 ust. 1 ustawy o ochronie danych osobowych.

Danymi wrażliwymi są zatem dane o:

  • pochodzeniu rasowym lub etnicznym,
  • poglądach politycznych,
  • przekonaniach religijnych lub filozoficznych,
  • przynależności wyznaniowej, partyjnej lub związkowej,
  • stanie zdrowia,
  • kodzie genetycznym,
  • nałogach,
  • życiu seksualnym
  • skazaniach, orzeczeniach o ukaraniu i mandatach karnych, a także innych orzeczeniach wydanych w postępowaniu sądowym lub administracyjnym.

Zbiór jakichkolwiek z powyższych danych osobowych trzeba zgłosić do GIODO, nawet jeśli został powołany Administrator Bezpieczeństwa Informacji (ABI).

Powyższy zbiór danych ma istotne znaczenie dla rodzącego się rynku aplikacji, głównie o charakterze zdrowotnych. Konieczność zgłoszenia takich danych do GIODO stanowi tylko jeden z wielu problemów dla świata technologii. Zresztą problem chyba najmniejszy. Więcej napiszę w kolejnym (jutrzejszym) wpisie poświęconym w całości właśnie aplikacjom zdrowotnym w kontekście przetwarzania danych osobowych.

Apka BlaBlaCar a szkoda pasażera

Wcześniej pisałem o aplikacji Uber, a teraz będzie kilka słów o BlaBlaCar. Obie apki służą niby temu samemu, ale kolosalnie różnią się od siebie. BlaBlaCar jest chyba obecnie najlepszym przykładem ekonomii współdzielenia. Kierowca nie zarabia na przewozie, a jedynie uzyskuje od pasażera częściowy zwrot kosztów podróży.

We wpisie dotyczącym odpowiedzialności prawnej kierowcy Uber (zobacz tutaj), zaprezentowałem stanowisko, że w razie ewentualnych szkód pasażera sytuacja prawna kierowcy jest niezbyt dobra, ponieważ ponosi on odpowiedzialność cywilną na zasadzie ryzyka, a nie winy. Nie ma zatem znaczenia czy kierowca jest winy, czy niewinny. Jeśli wystąpiła u pasażera szkoda, to musi ją naprawić, czyli najczęściej zapłacić odszkodowanie. Pokryć odszkodowanie może oczywiście ubezpieczyciel, jeśli kierowca był ubezpieczony. Dookreślić należy, że wskazując na winę chodzi jedynie o winę w wyrządzeniu szkody pasażerowi w sensie cywilnoprawnym. Odrębną kwestią jest wina na gruncie prawa karnego i wykroczeniowego.

Najważniejszą okolicznością prawną dla kierowcy Ubera był fakt, że NIEprzewoził pasażerów z grzeczności w rozumieniu art. 436 § 2 w zw. z art. 436 § 2 i art. 435 § 1 k.c. (co do tych przepisów odsyłam do przywołanego powyżej wpisu o Uberze), lecz brał za to wynagrodzenie. Pytanie zatem czy kierowca BlaBlaCaru przewozi z grzeczności pasażerów? Wydaje się, że fakt, iż kierowca BlaBlaCaru nie ma wymiernego zysku z przewiezienia pasażera, a jedynie uzyskuje rekompensatę za koszty benzyny, nie zmienia istoty rzeczy. Nie można byłoby zatem uznać, że przewozi z grzeczności. Stąd jego sytaucja prawna jest taka sama kierowcy Ubera.

Wyszukiwanie towarów za pomocą zdjęć

W niniejszym wpisie  w kilku słowach przedstawię prawne aspekty związane z aplikacjami mobilnymi pozwalającymi na robienie zakupów za pomocą zdjęć towarów. Taką aplikacją jest choćby Pounce. Umożliwia ona wyszukiwanie w sklepach internetowych towarów podobnych do tych ze zdjęcia. Użytkownik apki nie wprowadza zatem do niej tekstu, lecz zdjęcia (obrazy). Na marginesie tylko dodam, że z tego co pamiętam Sheldon i Penny tworzyli podobną apkę w jednym z odcinków serialu The Big Bang Theory:)

Upowszechnienie takiej aplikacji może prowadzić do ciekawego zjawiska: osoba  zainteresowana cudzym ubraniem (np. też takie by chciała) będzie chciał zrobić zdjęcie tej osobie. I teraz pytanie prawne – czy takie robienie zdjęć jest prawnie dopuszczalne? W grę wchodzić może przede wszystkim naruszenie dóbr osobistych, w tym prywatności, ale też wizerunku. Ponadto również sama stylizacja może być na tyle wyjatkowa, że będzie podlegała ochronie autorskiej jako samodzielny utwór. Z tych względów z zasady należałoby przyjąć, że bez zgody fotografowanej osoby nie powinno się robić zdjęć w takich celach. Niemniej kluczową okolicznością dla prawa autorskiego, w tym dla ochrony wizerunku, będzie kwestia rozpowszechniania. Nie można jednak wykluczyć, że poprzez wgranie do apki zdjęcia do analizy będzie stanowiło rozpowszechnianie. Wszystko zależy od konstrukcji danej aplikacji mobilnej.

Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz związana z niektórymi popularnymi portalami. Wielokrotnie widziałem, że przy zdjęciach różnych osób pojawiają się oferty zakupów takich samych lub podobnych ubrań jak przedstawione na fotografii. Przykładowo chodzi o sytuacje kiedy na portalu plotkarskim jest zdjęcie celebryty (+jakaś historia związana z tym zdjęciem), a obok tego zdjęcia są miniaturki ofert zakupów ubrań, które ten celebrata ma założone na zdjęciu. W pewnym sensie celebryta ten bierze nieświadomie udział w reklamie tych towarów. Dość realne jest przecież przyjęcie, że wiele osób zachęconych „cudownym” zdjęciem, klika w te oferty i później dokonuje zakupów (nie jest zresztą wykluczone, że są to linki afiliacyjne, tzn. portal zamieszczający link otrzymuje jakąś gratyfikację na zrobienie zakupów za pośrednictwem tego linka. W takiej sytuacji choć samo zdjęcie zamieszczone we wpisie na portalu znalazło się tam w oparciu o takie same zasady jak każdy artykuł w prasie, to jednak wykorzystanie tej fotografii w celach reklamowych może budzić prawne wątpliwości. Niejasność prawna bierze się stąd, że nie można w 100% uznać, że takie zdjęcie stanowi rzeczywiście reklamę.

Prawne aspekty czynności bankowych

W nawiązaniu do poprzednich wpisów o BLIKu (tego i tego), kończąc póki co ten temat, kilka słów o prawnych aspektach bankowości. Nie trzeba nikogo przekonywać, że bankowość internetowa jest w Polsce rozwinięta w wysokim stopniu. Jest tak m.in. wskutek dość nierestrykcyjnego prawa co do elektronicznej formy czynności bankowych. Miarodajny są w tym przedmiocie przepisy art. 7 Prawa bankowego.

Przede wszystkim prawo bankowe nie wymaga posługiwania się bezpiecznym podpisem elektronicznym weryfikowany przy pomocy ważnego kwalifikowanego certyfikatu.

Gdyby taki wymóg istniał, to z całą pewnością można przyjąć, że bankowość elektroniczna nie byłaby tak powszechna jak dziś. Najlepszym argumentem w tym zakresie jest fakt, że początkowo wszelkie rozwiązania umożliwiające komunikację drogą elektroniczną z urządmi i sądami wymagały posługiwania się takim podpisem. Efekt był taki, że nic nie działało. Postęp nastąpił dopiero po ustanoiwieniu e-sądu (gdzie nie jest wymagany zawansowany podpis elektroncizny) i stworzeniu podpisu potwierdzonego profilem zaufenym ePUAP jako alterentywy względem bezpiecznego podpisu elektronicznego weryfikowanego przy pomocy ważnego kwalifikowanego certyfikatu.

Wady i zalety BLIK

Na wstępie krótkiego wpisu o wadach i zaletach apki BLIKu (o aplikacji tej pisałem już tutaj) jednoznacznie ustosunkuje się względem tego rozwiązania. To super pomysł. Mega ułatwienie. Choć nie wiem czy Apple Pay nie jest jednak lepsze – nie występuje jednak w Polsce, nie używałem, zatem pozostanę przy zachwytach na BLIKiem.

Wady:
  1. Zbyt dużo haseł i kodów do wpisywania – najpier trzeba się zalogować w aplikacji na telefonie, potem przepisywać kod z telefonu na terminal lub bankomat, a potem jeszcze to akceptować.
  2. Różne banki stosują nieco odmienne rozwiązania, w tym od strony graficznej, co utrudnia ich upowszechnienie się (nie można przykładowo promować jednolitego zestawu kroków jakich trzeba dokonać przy transakcji).
Zalety:
  1. Nie trzeba nosić przy sobie karty kredytowej (płatniczej).
  2. Relatywnie dużo punktów, w których można użyć BLIKa.

Nie znam tego rozwiązania od strony technicznej. Wypowiadam się jako użytkownik. Z tego względu nie oceniam kwestii bezpieczeństwa (w sensie czy BLIK rzeczywiście jest bezpieczniejszy od kart kredytowych i bankomatowych biorąc pod uwagę wszelkie aspekty).

Płatność telefonem poprzez aplikację BLIK

Wprawdzie ApplePay nie jest dostępny w Polsce, to od kilku miesięcy możemy korzystać z podobnego „krajowego” rozwiązania pozwalającego na płatności za pomocą telefonu, tj. aplikacji BLIK. Nieprzypadkowo wskazałem, że „możemy korzystać”, ponieważ prawdopodobnie spora grupa osób stała się bezwiednie posiadaczami tej apki. Nastąpiło to poprzez aktualizacje, zainstalowanych na smartfonach, aplikacji mobilnych wydanych przez poszczególne banki.

Nie ma zatem odrębnej apki BLIK, lecz stanowi ona część (moduł) aplikacji mobilnych różnych banków. Wyjątek stanowi chyba tylko apka IKO stworzona już kilka lat temu przez bank PKO BP S.A. Na tej aplikacji bazuje BLIK. Jak można przypuszczać wskutek tego, że apka IKO miała już wielu użytkowników PKO BP zdecydował się jedynie unowocześnić ją po powstaniu BLIKa. Pozostałe banki poszły inną drogą – nie mając, w przeciwieństwie do PKO BP, apek umożliwiających mobilne płatności zdecydowały się na rozbudowę o moduł BLIK swoich zwykłych aplikacji mobilnych umożliwiających dostęp do kont bankowych.

Od razu wyjaśnię, że nie wszystkie banki mają BLIKa, jednak te najpopularniejsze przystąpiły do systemu (w zasadzie te one ten system stworzyły – BLIK jest, w uproszczeniu ujmując, produktem konsorcjum banków).

Posługiwanie się BLIKiem może wydawać się dość skomplikowane, zatem zanim o technologii, zaczną od pozytywnych aspektów. BLIK to alternatywa dla karty kredytowej (płatniczej). Mając bankową apkę na telefonie (obsługującą BLIKa) nie trzeba nosić ze sobą plastikowych kart. Płatności można dokonywać za pomocą telefonu. Niejako telefon jest kartą kredytową. Co ciekawe, telefon umożliwia również wybranie gotówki z bankomatu. Krótko mówiąc: BLIK umożliwia wszystko to co karta kredytowa (płatnicza), a nawet więcej.

Jak zatem to działa? Po pierwsze, trzeba mieć zainstalowaną apkę odpowiedniego banku na telefonie. Po drugie, trzeba sprawdzić czy podmiot (sklep, właściciel bankomatu), w którym chcemy dokonać transakcji obsługuje BLIKa. Niestety, nie wszędzie gdzie można użyć karty, można z automatu skorzystać z BLIKa – wada ta jest jednak zrozumiała, gdyż technologia ta potrzebuje jeszcze trochę na upowszechnienie się. Nie jest jednak z tym najgorzej, ponieważ i tak bardzo dużo podmiotów już obecnie umożliwi płacenie BLIKiem. Jeśli te dwa warunki są spełnione można przejść do transakcji. Niezależnie czy chcemy wypłacić pieniądze z bankomatu, czy zapłacić bezgotówkowo w stacjonarnych lub internetowym sklepie albo restauracji, podejmuje się te same czynności. Wpierw w aplikacji na telefonie należy wygenerować 6-cyfrowy kod (co istotne, kod ten jest ważny tylko przez 2 minuty). Najczęściej, aby wejść do apki i wygenerować ten kod trzeba się zalogować tak jak do konta bankowego. Potem ten 6-cyfrowy kod wstukuje się w bankomacie lub terminalu płatniczym. Następnie akceptuje się w apce na telefonie transakcję. I tyle. W zależności od jakiego banku pochodzi apka, transakcja może przebiegać trochę inaczej. Zawsze jednak generuje się 6-cyfrowy kod na telefonie, który późnij wstukuje się w bankomat lub terminal płatniczy (to ten sam terminal co do kart kredytowych).

Podobno BLIK jest też bezpieczniejszy niż karty kredytowe. Na pewno bezpieczniejsze jest posługiwanie się tym 6-cyfrowym kodem, generowanym z osobna do każdej transakcji, niż zwykłym PINem. Ale z drugiej strony mam wątpliwość czy bezpieczna jest transmisja danych z telefonu?

Odpowiedzialność kierowcy Ubera

Uber to alternatywa dla taksówek. Zainstalowana na telefonie aplikacja Uber dosłownie łączy osobę potrzebującą przewozu i kierowcę gotowego go przewieźć. Potrzebujący przewozu wprowadza do aplikacji parametry interesującej go trasy, a w odpowiedzi zainteresowany kierowca zgłasza się na chętnego do podwózki. Nie jest to usługa darmowa. Za transport trzeba zapłacić, zatem nie jest to typowy przykład „ekonomii współdzielenia”, a można nawet twierdzić, że z taką ekonomią nie ma to w ogóle nic wspólnego.

Obecnie w Polsce tylko w kilku miastach można korzystać z tej aplikacji. W wielu krajach wzbudziła ostry sprzeciw. Prawdopodobnie najgłośniejsze były protesty taksówkarzy we Francji i Niemczech. Chodziło o stwarzanie konkurencji dla taksówkarzy, przy czym nie chłodziło tyle o samą konkurencję, ale o okoliczność, że taksówkarze muszą przestrzegać różnych wymogów związanych z przewozem osób, a kierowcy Ubera nie są zaś skrępowani takim wymogami. Poza tym istnieje problem rozliczenia się z podatków przez kierowców Ubera. Jednak nie o tych kwestiach chciałem napisać, lecz o sytuacji pasażera, a konkretnie jego ewentualnych roszczeniach względem kierowcy. Wcześniej napisałem, że kierowcy Ubera są w lepszej sytuacji prawnej niż taksówkarze. Nie znaczy to jednak, że ich sytuacja prawna jest całkiem „komfortowa”.

Jeśli u pasażera wystąpi szkoda (niezależnie jak ona powstanie), kierowcom Ubera będzie trudno nie ponieść z tego tytułu konsekwencji. Kierowca samochodu jest odpowiedzialny „na zasadzie winy” za szkody wyrządzone tym, których przewozi z grzeczności. Jednak wobec tych, których nie przewozi z grzeczności odpowiada za szkody „na zasadzie ryzyka”. Odpowiedzialność „na zasadzie ryzyka” jest surowsza dla kierowcy, ponieważ z odpowiedzialności jest zwolniony jedynie, gdy szkoda nastąpiła wskutek siły wyższej albo wyłącznie z winy poszkodowanego lub osoby trzeciej (art. 436 § 2 w zw. z art. 436 § 2 i art. 435 § 1 k.c.).

Pytanie zatem czy kierowca Ubera „przewozi z grzeczności”? Na marginesie jedynie wyjaśnię, że słów „przewóz z grzeczności” używa kodeks cywilny. Nie jest to zatem pojęcie potoczne, lecz prawne. Dotychczas wyrażano stanowisko, że odpłatność usługi wyklucza „przewóz z grzeczności”. W Uberze sytuacja jest zaś jedynie o tyle innowacyjna, że nie płaci się bezpośrednio kierowcy, lecz poprzez ściągniecie pieniędzy przez aplikację Uber z karty kredytowej. Wynikałoby z tego, że kierowcy Ubera ponoszą względem przewożonych osób surowszą odpowiedzialność prawną niż standardowa, ponieważ oparta jest na „zasadzie ryzyka”, a nie „zasadzie winy”.

Mikropłatności w grach komputerowych

Coraz częściej mikropłatności spotykane są nie tylko w aplikacjach mobilnych, lecz również towarzyszą zwykłym grom komputerowym. Wydaje się, że prawo nie zapewnia wystarczającej ochrony graczom w tym zakresie. Nawet poinformowanie przed dokonaniem zakupu, że stosowany jest taki model biznesowy nie jest wystarczające i nie załatwia całkowicie sprawy.  Aczkolwiek również z tym jest problem (zobacz tutaj ciekawą dawną sprawę, która toczyła się w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów, a potem miała finał w sądzie). W gruncie rzeczy żadna gra nie jest darmowa – jeśli nawet nie ma tam mikropłatności rozumianych ściśle, to podobnie można przecież traktować jakąkolwiek reklamę, a tym bardziej  zachętę do zakupu pełnej wersji gry. Na marginesie jedynie dodam, że niezrozumiały jest dla mnie stosowany w applowskim AppStore podział na aplikacje „płatne”, „gratisowe” i „dochodowe”.

Jednak trudno wymagać, aby prawo rozwiązało problemy z tego zakresu, skoro dotąd w biznesie nie wypracowano dobrego modelu dotyczącego freemium. Z jednej strony wiadomo, że nie ma nic za darmo. Każdy gracz ma przecież świadomość, że stworzenie gry pochłania olbrzymie koszty. Z drugiej strony nierzadko istnieje trudność w określeniu na czym zarabia producent, jeśli nie pobiera się z góry wynagrodzenia za sprzedaż gry.

I tutaj pojawia się kluczowym problemem. Prawo nie stwarza dostatecznych gwarancji ochronnych przy dokonywaniu konkretnych płatności. Powinno być w pełni jasne kiedy i za co się płaci, a nie tak, że nie są wykluczone płatności  przypadkowe lub bezcelowe.

Kolejnym zagadnieniem wartym uwagi jest system mieszany, tj. kiedy płaci się z góry jakąś cenę za grę, a potem jeszcze są mikropłatności. Zrozumiałe jest, że osoba, która otrzymała grę bezpłatnie, powinna liczyć się z koniecznością dokonywania mikropłatności jeśli chce się pograć. Ale jeśli ktoś zapłacił z góry za grę (nieważna nawet jaka jest jej cena), a potem nie można w nią „normalnie” grać bez mikropłatności, to jest problem. Prawo powinno dostrzegać, że taki model narusza interesy konsumenta.

Skąd informacje o natężeniu ruchu na drogach w naszych telefonach?

Obok możliwości przeglądania map w telefonach w widoku satelitarnym lub 3D oraz określania sugerowanych tras przejazdu, informacje o natężeniu ruchu (korkach) na drogach wydają się jednym z najprzydatniejszym narzędzi nawigacyjnych. Zwłaszcza jeśli jeździ się samochodem lub autobusem. Jest to funkcja o tyle cheap nfl jerseys niezwykła, że niektórzy powątpiewają linkowanie w jej skuteczność. Są w błędzie. To działa dość dobrze. Wydaje się też, że im większe miasto, tym działać powinno lepiej.

Skąd jednak video pochodzą te informacje? Oczywiście nikt ich nie wprowadza ręcznie. Informacje te – w uproszczeniu ujmując testing – pochodzą z telefonów, które w danej chwili w tym miejscu wholesale nfl jerseys się znajdują. Nie jest wholesale jerseys w pełni znana metoda stosowana przez poszczególne firmy w celu oznaczenia natężenia ruchu na mapie, ale wiadomo, że dane pochodzą z innych telefonów (zbierane są w ramach trybu zwanego najczęściej „udostępnianiem lokalizacji”). Naszą lokalizacje udostępniamy nie tylko, aby sobie ułatwić życie poprzez automatyczne określenie naszego położenia na mapie. Służy ona również ogółowi. Stały monitoring lokalizacji telefonu pozwala określić jak szybko się poruszamy, czyli właśnie jakie jest natężenie ruchu. Dane są pobierane nawet jak nic się na telefonie nie robi. Funkcję udostępniania lokalizacji można przy tym zazwyczaj wyłączyć w telefonie.

Zbieranie der w tej Днепропетровск sposób informacji stanowi Video chyba obecnie najlepszy przykład crowdsourcingu (tzw. mądrość tłumów). Można powiedzieć, że aby interaktywna mapa działała, świadomy lub nieświadomy tłum ludzi pracuje nad tym poprzez poruszanie wholesale jerseys się po mieście z nadajnikiem w postaci telefonu. Niby tłum robi to za darmo, ale w zamian każda osoba z tego tłumu ma super mapę całego miasta.

Pytanie czy takie zbieranie informacji jest legalne? Kluczowy problem prawny koncentruje wholesale mlb jerseys się wokół wątku czy tak zbierane informacje są danymi osobowymi? Zdania wśród prawników są podzielone. Jak dla mnie, to z zasady są to dane osobowe, stąd podlegają regulacją ustawy o ochronie danych osobowych. Jednak najcześciej i tak aplikacje mobilne pytają wprost czy udzielamy zgodę na udostępnania lokalizacji (i ją udzielamy), stąd ten problem prawny niweluje się niejako sam.

Transmisja video z własnego telefonu

Choć jest wiele różnych usług umożliwiających internetową transmisję na żywo  („live”), jednak ten wpis poświęcę głównie aplikacji Periscope. Nie dlatego, że jest najlepsza, lecz z powodu stworzenia jej specjalnie na potrzeby smartfonów, a to właśnie one są najlepszym narzędziem służącym relacjonowaniu aktualnych wydarzeń. Ponadto aplikacji Periscope stała się dość „medialna” i często z nią utożsamia się takie transmisje.

W Periscope nadających z terenu Polski world! jest bardzo mało, najczęściej nie ma żadnych, dominują przekazy z USA. Tego typu usługi w Polsce raczej dopiero się rozwijają, ale rozwijają się relatywnie szybko, czego wyrazem do tej pory była rosnąć popularność Snapchata. Odrębnym zagadnieniem są twórcy publikujący na YouTube, gdzie zamieszcza się filmiki uprzednio obrobione – to całkiem inna kategoria niż robienie transmisji na żywo z telefonu.

Pytanie zatem co można transmitować? Ograniczenie są takie same jak w każdym innym przypadku działaności internetowej. Można narazić czyjeś dobra osobiste, zatem lepiej nie filmować nietypowego zachowania ludzi z uwagi na możliwość naruszenia ich dobrego imienia i czci. Można naruszyć też cudze prawa autorskie – w tym przypadku jedyną możliwością legalnej transmisji (np. cheap nba jerseys koncertu, a nawet filmu kinowego) mógłby być tzw. dozwolony użytek prywatny. Wymagałoby to jednak, aby odbiorcami był krąg osób pozostających z „nadającym” w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego. Transmisje przez Periscope są zaś ogólnodostępne (każdy może je obejrzeć). Faktycznie zatem w przypadku dział artystycznych prawo nie dopuszcza transmisji. W razie jednak dokonania tego, sytuacja transmitującego nie jest zbyt dobra w świetle prawa.

Najmniejszy problem jest z ochroną wizerunku, ponieważ zezwolenie na jego rozpowszechnianie nie jest wymagane w przypadku osoby powszechnie znanej (jeżeli wizerunek Are wykonano w związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznych, w szczególności politycznych, społecznych, zawodowych) oraz osoby stanowiącej jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, publiczna impreza.  Jednak nie należy mylić możliwości rozpowszechnia cudzego wizerunku z naruszeniem dóbr osobistych. Nawet jeśli rozpowszechnia się wizerunek zgodnie z prawem (ponieważ jest to np. osoba powszechnie znana), lecz sfilmowana osoba robiła coś niefajnego, to mogłaby twierdzić, że naruszono jej dobra osobiste.

Ciekawym zagadnieniem byłaby jednak kwestia udowodnienia co było w transmisji. Transmisja jest dostępna wholesale jerseys jedynie na bieżąco, stąd po jej zakończeniu odbiorca Обновление miałby kłopot z wholesale mlb jerseys dowodami, o ile nie nagrywał oglądanego obrazu. Tylko w sytuacji jeśli osoba ta jest cheap mlb jerseys wśród „znajomych” w aplikacji, cheap jerseys to może to przechowywać przez 24 godziny.