Jednolity Plik Kontrolny

Kilka miesięcy temu we wpisie „Informatyzacja w praktyce” poruszyłem kwestię „user experience” w kontekście urzędowych systemów teleinformatycznych (w tym aplikacji) służących wnoszeniu e-pism. Od tego roku w zasadzie wszyscy przedsiębiorcy zaś muszą przesyłać elektronicznie do organów skarbowych Jednolity Plik Kontrolny. W najprostszym wariancie czynności tej dokonać można poprzez stworzenie pliku w Excelu, a następnie wysłaniu go za pomocą darmowej ministerialnej aplikacji „Klient JPK 2.0”. Na potrzeby identyfikacji wystarczy posłużyć się profilem zaufanym ePUAP.

Alternatywnie można wykorzystać komercyjne aplikację i kwalifikowany podpis elektroniczny. Nadto niedługo o moduł Jednolitego Pliku Kontrolnego ma zostać rozbudowana ministerialna aplikacja e-mikrofirma. W tym wpisie poprzestanę jednak na analizie wskazanego najprostszego wariantu, ponieważ chciałbym poruszyć kilka kwestii z zakresu komfortu korzystania z publicznych rozwiązań informatycznych.

Od razu przy tym zaznaczę, że nawiążę do banalnych problemów, które jednak mogą stać się trudno przezwyciężalną barierą dla skutecznego wniesienia Jednolitego Pliku Kontrolnego. Na szerszą ocenę jeszcze za wcześnie. Trzeba też wyraźnie podkreślić, że z technicznego punktu widzenia chodzi o bardzo prostą operację – przesłanie excelowskiego pliku (precyzyjniej to przesyła się właściwie plik XML). Zatem wydawałoby się, że przeszkód technicznych być nie powinno. W końcu nie ma obecnie nic niezwykłego w przesyłaniu za pomocą maili lub komunikatorów internetowych ogromnych plików graficznych i video, a w przypadku Jednolitego Pliku Kontrolnego chodzi jedynie o plik o niewielkich rozmiarach (składający się jedynie z liczb i liter).

Instrukcje obsługi

W przywołanym na wstępie dawnym wpisie wskazałem, że zbyt skomplikowane instrukcje obsługi korzystania z rozwiązań informatyzujących podmioty publiczne w gruncie rzeczy są sygnałem, że dane narzędzie nie jest przyjazne dla użytkownika. Jednolity Plik Kontrolny został zaś obudowany kilkoma wielostronicowymi instrukcjami obsługi, w szczególności:

  • podręcznikiem użytkownika Klient JPK 2.0 (liczącym 44 strony, konkretnie 43 bez strony tytułowej),
  • broszurą informacyjną JPK VAT(2) (14 stron, 13 bez strony tytułowej),
  • specyfikacją formatu CSV dokumentów JPK (4 strony, 3 bez strony tytułowej).

Nadto do aplikacji e-mikrofirma instrukcja ma 32 strony. Z tej aplikacji jednak w ogóle nie korzystałem. Właściwie to nie dało się jej zainstalować. Nastąpiły u mnie komplikacje ze środowiskiem JAVA. Może jak się ta aplikacja rozbuduje o moduł „Jednolity Plik Kontrolny” to do niej wrócę i podejmę trud instalacji.

Każda z powyższych instrukcji nie jest zbytnio przyjazna dla potencjalnego użytkownika. Przydatne, jasne i przejrzyste były za to informacje zamieszczone bezpośrednio na ministerialnej stronie internetowej. Ze wskazanymi instrukcjami jest natomiast taki problem, że z jednej strony są zbyt skomplikowane (zatem kompletnie nieprzydatne dla osób o niepełnych zdolnościach informatycznych), a z drugiej strony osoby obeznane z tego typu oprogramowaniem mogą obsłużyć aplikację Klient JPK bez ich czytania, a kierując się jedynie intuicją.

W mojej ocenie instrukcje powinny w większym stopniu ukazywać jak poprawnie stworzyć Jednolity Plik Kontrolny – w sensie jaką powinien mieć merytoryczną treść, jaką powinien mieć kompozycję treści i jaki format danych. Samo przesłanie nie musi być aż tak dokładnie opisywane. Ewentualnie można zrobić krótką animację video modelowego wniesienia i uzupełnić ją o opisowy dokument wskazujący potencjalne błędy techniczne.

Klikanie w Jednolity Plik Kontrolny

Kluczowy obecnie problem wynika z konieczności posłużenia się Windowsem lub Linuxem na potrzeby Jednolitego Pliku Kontrolnego. Nie wymagam aby była apka na IOS, ale chociaż na Maki jakby coś było to byłoby bardziej użytkowo. Jednak nie jestem zaskoczony – zazwyczaj podmioty publiczne preferują Windowsa. Jest jednak informacja na stronie ministerialnej, że planowane jest zmiana tego stanu rzeczy.

Stworzenie i wysłanie Jednolitego Pliku Kontrolnego wymaga mnóstwa kliknięć. Nieporównanie więcej niż przy znanej aplikacji „e-Deklaracja”. Umożliwia to wprawdzie kontrolowanie każdego etapu procesu, jednak prowadzi do automatyzmu w klikaniu. Zrozumiałem jest, że kliknięć wymaga skorzystanie z „zewnętrznego” profilu zaufanego ePUAP. Jednak wszystkie pozostałe czynności mogłyby zostać uproszczone, w tym konwersja do formatu XML mogłaby zostać zintegrowana z samym wysłaniem, a nie stanowić odrębny proces.

Z profilem zaufanym ePUAP związany jest również budzący wątpliwości etap procesu. Po skorzystaniu z tego instrumentu strona informująca o sukcesie operacji „podpisywania” wygląda jakby doszło do awarii. Witryna staje się całkowicie biała z niewielkim tekstem w rogu, co mocno odbiega wizualnie od wcześniejszych kolorowych witryn obsługujących profil zaufany ePUAP.

Wskazane powyżej instrukcje obsługi w kilku miejscach informują, że dany element stanowi „pole opcjonale” do wypełnienia. Nie wiadomo co to znaczy – kto przesądza o tej opcjonalności? Jest wątpliwość czy oznacza to, że użytkownik ma pełną swobodę i może tych danych informacji nie podawać, czy może też zależne to jest od jakiś uwarunkowań?

Co ciekawe, w zakresie określenia czterocyfrowego kodu urzędu skarbowego instrukcje obsługi posługują się linkiem do jakieś witryny. Link ten nie jest aktywny (przynajmniej u mnie nie był aktywny, może zależy to od czytnika PDF).  Nie można go też skopiować. Trzeba przepisać własnoręcznie do przeglądarki. A adres jest długi i dość skomplikowany.

Format liczb

Najbardziej przyziemny problem z Jednolitym Plikiem Kontrolnym dotyczy „zer”.  Właściwie był to jedyny błąd, który pojawił się przy przesyłaniu przeze mnie Jednolitego Pliku Kontrolnego. Mianowicie ukazał się komunikat, że wpisane przeze liczby nie są akceptowane (chodziło o czterocyfrowy kod urzędu skarbowego i REGON).

Problem wziął się z faktu, że choć dane te wpisałem prawidłowo, to Excel (czyli tak jakby Jednolity Plik Kontrolny) automatycznie usunął zera z początku wpisanych liczb. Czyli przykładowo z wpisanych „0123”, Excel zrobił „123”.

W pierwszym momencie pomyślałem, że to problem nie do rozwiązania. Od razu wiedziałem, że zmiana tych liczb na format tekstowy nic nie da, ponieważ choć umożliwi wyświetlenie zer na początku liczb, to jednak te liczby muszą mieć status „liczb”, a nie „tekstu”. Powątpiewałem też czy wystarczy zmiana formatowania liczb (poprzez stworzenie niestandardowego typu formatu), poprzez wymuszenie wyświetlania tych zer (opcje: Format / Formatowanie komórek / kategoria: Niestandardowe / i ręczne sformułowanie „Typ”-u, przykładowo poprzez zadanie „0###” dla ukazania zera na początku czterocyfrowej liczby). Wydawało mi się, że to może być bardziej tylko kwestia prezentacji i nie wpływać na samą „wartość” liczby. Na szczęście jednak udało się.

Kwestia zer wiodących jest wprawdzie wskazana w jednej z wyżej przywołanych instrukcji obsługi, jednak mowa tam tylko o nakazie ich stosowania. Nie wyjaśniono w jaki sposób uchronić się przez automatycznym ich usuwanie. Choć wskutek narzucenia Windowsa racjonalnym było przyjęcie, że do wyprowadzenia pliku XML posłuży Excel. Niemniej nie  mam wiedzy czy każda wersja Excela automatycznie ucina zera, czy tylko posiadana przeze mnie. Ewentualnie być może inne wersja Excela pozwalają na poczynienie odpowiedniego ustalenia opcji, w tym zakresie. U mnie jednak takiej opcji w ustawieniach nie było.

Drugi profil zaufany

Niedawno ponownie wyrobiłem profil zaufany ePUAP, ponieważ dotychczasowy wygasł (po 3 latach). Niezbyt sensowne jest to rozwiązanie z wygasaniem. I co ciekawe, jak mi się wydaje, nie ma żadnego umocowania prawnego. Jednak w przypadku certyfikatu związanego ze „zwykłym” podpisem elektronicznym w elektronicznym postępowaniu upominawczym jest podobnie – również wygasa, ale już po roku. Także nie ma to podstawy prawnej. Warto podkreślić, że odnośnie do elektronicznego postępowania upominawczego sytuacja jest jeszcze bardziej intrygująca. Nie tylko nie ma podstawy prawnej wygasania, lecz również sam wymóg posługiwania się certyfikatem nie ma podstaw prawnych.

Celowość wygasania profilu zaufanego ePUAP

Wracając jednak do rzeczy, czyli wygasania profilu zaufanego i jego ponownego wyrabiania (lub przedłużania).  Domyślam się, że z punktu widzenia technicznego wygasania jest istotne z uwagi na dbałość o „niezaleganie” w systemie nieużywanych kont. Jest to jednak argument całkowicie nieprzystający do roli jaką ma odgrywać profil zaufany i ePUAP. Zwłaszcza w sytuacji kiedy założenie online profilu wymaga czynności potwierdzającej. Jednocześnie trzeba mieć na uwadze, że przeciętny obywatel na szczęście nie musi kilka razy w roku kontaktować się z podmiotami publicznymi. Kontakty te są zazwyczaj bardzo rzadkie, stąd jedynie trzyletni okres ważności profilu zaufanego może uczynić z niego instrument kompletnie nieadekwatny do potrzeb. Z zasady każdy obywatel powinien mieć profil zaufany. Najlepiej jakby już przy wydawania dowodu osobistego profil ten był automatycznie zakładany i potwierdzany.

Profil zaufany od strony wizualnej

Na marginsiecie jedynie wspomnę, że w czasie odwiedzin urzędu w celu aktywacji konta w zakresie identyfikacji wizualnej nie posługiwano się nigdzie symbolem eGO, lecz wciąż używano nazwy profil zaufany. Również na witrynach internetowych eGO wspominany jest tylko „przy okazji”.

Przy okazji wizyty na stronie ePUAPu dostrzegłem, że strona ta pod względem informacyjnym jest mocno nieaktualna. Wciąż posługuje się pojęciem „bezpieczny podpis elektroniczny weryfikowany ważnym kwalifikowanym certyfikatem”. Wygląda to tak jakby nie uwzględniono rozpoczęcia stosowania rozporządzenia eIDAS, zaś wciąż obowiązywałaby polska ustawa o podpisie elektronicznym. Aktualna jest chyba (całej nie przeglądałem) witryna profilu zaufanego, przy czym ta aktualność związana jest głównie z mniejsza ilością informacji. Co jednak najważniejsze, oba portale są mało klarowne. Przede wszystkim powinien nastąpić podział na informacje dla użytkowników „zwykłych” i „zaawansowanych”. Dla zwykłego użytkownika większość informacji o profilu zaufanym jest nieprzydatna, a jedynie zaciemnia jasność przekazu informacyjnego. Założenie profilu zaufanego jest banalnie proste i nie ma potrzeby zamieszczać na pierwszym planie informacji, które są zrozumiałe w gruncie rzeczy jedynie przez administratorów systemów.

Koncepcja jest ok, wykonanie gorzej

Niezależnie od powyższego, jestem zwolenikiem profilu zaufanego. Koncepcja jest według mnie bardzo dobra. Uniwersalny system identyfikacji dla wszystkich usług publicznych jest potrzebny. Co więcej, system darmowy i z relatywnie prostym mechanizmem aktywacji.

Personalizacja reklamy

Odnośnie do problematyki reklamy internetowej nasuwa się jeszcze jedna istotna kwestia (oprócz zagadnień wskazanych w poprzednim wpisie: „Reklama w Internecie”). Personalizacja reklamy. Nawet nieźle to funkcjonuje w ostatnich latach. W sensie działa dość inteligentce i trafnie. Dawniej wyniki były raczej bezsensowne. Na marginesie dodam, że nawet często mam wątpliwości czy tak świetne dostosowanie reklamy do moich bieżących potrzeb, to przypadek, czy może jednak świadome targetowanie reklamy.

Informacje o potencjalnym odbiorcy reklamy

Przedmiotowa kwestia na gruncie prawa wiąże się przede wszystkim z przetwarzaniem danych osobowych. Oczywiście o ile spełnione są przesłanki definicji danych osobowych. Dzisiejszy zakres śledzenia ruchu internetowego skłania jednak do przyjęcia, że większość użytkowników Internetu jest zidentyfikowanych. Czasami nawet ta identyfikacja jest pełna wskutek choćby popularności różnego typu kont na portalach społecznościowych.

Trzeba też zwrócić uwagę, że kwestia reklamy może mieć znaczenie wykraczające poza zagadnienia marketingowe. Działania reklamowe jednej ze europejskich społek amerykańskiej firmy Google stały się choćby przyczynkiem do statuowania na terytorium Unii Europejskiej prawa do bycia zapomnianym w wyszukiwarce internetowej. Miarodajny jest w tym zakresie wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 13.05.2014 r. (sygnatura C-131/12). Sprawa ta dotyczyła sporu Google Spain SL i Google Inc. przeciwko Agencia de Protección de Datos (AEPD) i Mario Costeja González.

Nowe regulacje

Istotne zmiany w tytułowej problematyce mogą wiązać się z rozpoczęciem stosowania nowej (unijnej) regulacji o danych osobowych, czyli rozporządzenia nr 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych. Jest to tzw. ogólne rozporządzenie o ochronie danych.

W szczególności warto podkreślić znaczenie przepisu art. 3 wspomnianego rozporządzenia. Określa on terytorialny zakres stosowania tego aktu prawnego. Zgodnie z przywołanym uregulowaniem rozporządzenie to ma zastosowanie do przetwarzania danych osobowych osób przebywających w Unii Europejskiej, przez podmiot niemających jednostek organizacyjnych na terytorium Unii Europejskiej, jeżeli czynności przetwarzania danych osobowych wiążą się z:

  • oferowaniem towarów lub usług takim osobom
  • lub monitorowaniem ich zachowania.

Monitorowanie zachowań konsumentów, a to jest przecież niezbędne dla spersonalizowania reklamy, stanowiłoby będzie zatem przesłankę związania unijnymi regulacjami podmiotów spoza Unii Europejskiej.

Reklama w Internecie

Przy okazji zamieszczania na YouTubie nagrania z wykładu dowiedziałem się, że konieczne jest zadeklarowanie czy publikowany materiał to reklama. Co ważne, wprost wskazano na szeroki zakres pojęcia „reklama”, choć akurat słowo reklama tam nie występuje. Precyzyjnie ujmując, oświadczenie, które można było zaznaczyć brzmiało: „Ten film zawiera płatną promocję, taką jak płatne lokowanie, sponsorowanie lub polecanie produktu”.

Nie wiem czy ta opcja byłą do zaznaczenia już wcześniej i nie wiem jakie byłyby faktyczne konsekwencje jej wybrania. Skłania to jednak do powrotu do rozważań poczynionych przeze mnie we wpisie dotyczącym ukrytej reklamy (zob. wpis „Kryptoreklama na blogach i vlogach”). Odsyłam do niego w celu poznania ram prawnych reklamy w mediach internetowych. W niniejszym wpisie nie będę powielał informacji tam wskazanych.

Oznaczanie reklam

Najlepszym rozwiązaniem byłoby zestandaryzowanie sposobu informowania o reklamowym charakterze materiału i narzucenie obowiązku posługiwania się takim standardem przez media internetowe, w tym portale społecznościowe. Zwyczajowe reguły w tym zakresie raczej nie zostaną wypracowane samoistnie przez blogerów i youtuberów. Zwłaszcza że informowanie o sponsorowanych treściach wciąż nie jest często spotykane. Wynika to z okoliczności, że zazwyczaj elementy reklamy produktów i usług są wkomponowane w inne, niby-amatorskie, treści.

W mojej jednak ocenie, nawet jeśli jest to marginalna część przekazu, w tym prezentowana nierzadko mimochodem (niejako przypadkowo), to konieczne jest oznaczenie całego materiału jako reklamowy. Stanowi to przecież typowy przykład lokowania produktu. Dla powstania obowiązków prawnych związanych z nieuczciwymi praktykami rynkowymi i zwalczaniem nieuczciwej konkurencji konieczne jest jeszcze zaistnienie oczywiście innych przesłanek. Jednak zawodowi blogerzy i youtuberzy zazwyczaj są zobligowani do pełnego stosowania przedmiotowych regulacji, zatem również niestosowania ukrytej reklamy.

W niektórych produkcjach zagranicznych blogerów spotkać można oznaczanie materiałów symbolem „Ads” lub podobnym. Czasami jest to dyskretny znak, niemniej zazwyczaj łatwo dostrzegalny. Nie wiem na ile jest to pochodną odmiennych regulacji niż w Polsce (w znacznej mierze regulacje te są na pewno podobne w Unii Europejskiej, ponieważ wynikają z prawa unijnego), a w jakim stopniu jest to kwestia rygorystycznego przestrzegania identycznych regulacji jak nasze.

Z powyższych powód podoba mi się wprowadzone przez YouTube rozwiązanie. Cenić należy przy tym szerokie zakreślenie zakresu pojęcia „reklama”. Nie ma tym samym żadnych wątpliwości, że płatne lokowanie, sponsorowanie lub polecanie produktu, to treści wymagające oznaczenia jako materiał reklamowy. Inna sprawa, że youtubowe rozwiązanie mogłoby zostać rozbudowane. Deklaracja twórcy materiały w zakresie reklamy mogłaby być lepiej widoczna dla odbiorców (jeśli w ogóle jest obecnie widoczna, ja jej nie widziałem jeszcze i nikogo). A także, aby odbiorcy mogli zgłaszać YouTubowi brak informacji o treściach reklamowych.

Odpłatna reklama i promocja

Czasami może nie być jasne kiedy mamy do czynienia z reklamą, lecz zwykłą recenzją produktów i usług. Ewentualnie rzeczywiście może mieć miejsce przypadkowa promocja. Nie mam watpliwości, że jeśli zaistniała jakakolwiek forma gratyfikacja, w szczególności w postaci pieniężnej, to oznaczenia jest konieczne. Nie tylko jako wynagrodzenie kwotowe, ale też jako pochodna, w tym w formie procentowej, innych zdarzeń. Z tego względu linki afiliacyine, w mojej ocenie, mogą być traktowane jako ukryta reklama.

Dodać przy tym należy, że sam YouTube oznacza swoje reklamy, wplatane w nagrani youtberów, jako materiały reklamowe. Pojawia się wtedy najczęściej słowo „reklama”. Czasami nawet słowo to jest w kilku miejscach jednocześnie. Yutuberzy powinni postępować analogicznie i stosować podobne oznaczenia.

Umiejetność ukrycia reklamy w przekazanie blogowym i yotubowym, to nie jest zdolność, którą należy się chwalić. Nie ma to nic wspólnego z nowoczesnym marketingiem. Dobra reklama to taka, którą chce sie oglądać, ponieważ jest „fajna”, przy jednoczesnej pełnej wiedzy odbiorcy, że to reklama. Znam wiele takich reklam. Stosowanie ukrytej reklamy to zaś nie umiejetność, lecz znane prawu zachowanie, z którym powiązane są określone negatywne konsekwencje dla osoby stosującej takie zabiegi.

Lem – Życie nie z tej ziemi

Niedawno przeczytałem biografię Stanisława Lema pt. „Lem. Życie nie z tej ziemi” (autorstwa W. Orlińskiego, 2017). Książka ma popularnonaukowy charakter, z naciskiem na kwestie popularne. Bardziej jest to książka o Lemie niż o jego twórczości. Jednak problematyka poszczególnych dzieł Lema również jest sygnalizowana. Nie będę jednak w tym wpisie recenzował tej biografii. Książkę na tyle szybko się czyta, że każdy sam może sobie wyrobić zdanie. Każdy sympatyk twórczości Lema zapewne z ciekawości i tak do niej sięgnie. Chciałbym jednak napisać kilka słów o Lemie w kontekście tematyki bloga.

Lem a Internet

Do twórczość Lema warto sięgnąć co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, Lem sporo przewidział, w szczególności zjawiska określane przeze niego mianem Biblioteki Trionowej (dziś nazywamy to Internetem) lub fantomatyki (rzeczywistość wirtualna). Nazwy wymyślone przez Lema jednak nie upowszechniły się. Miał zatem on mniej szczęścia niż choćby czeski pisarz Karel Capek, którego uważa się za twórcę słowa „robot”.

Wracając jednak do rzeczy. Drugi powód mojego zainteresowania Lemem, to jego sceptycy stosunek do użytkowania przez człowieka różnych technologii, w tym Internetu (odsyłam do mojego wpisu „Wykluczenie i zniewolenie cyfrowe”). Słynne są też jego współczesne (pozaksiążkowe) krytyczne wypowiedzi o Internecie.

Moja pierwsza książka Lema

Pierwsza przeczytana przeze mnie książka Lema to „Golem XIV”. Nie wiem dlaczego akurat ją przeczytałem jako pierwszą. Być może była po prostu łatwo dostępna. Raczej nie był to wybór wykalkulowany. Gdybym dokładnie zapoznał się wcześniej z rankingiem (i opisem) książek Lema, to zapewne wybór padłby w pierwszej kolejności na „Summa technologiae”. Jednak zacząłem właśnie od „Golem XIV” i w gruncie rzeczy ta właśnie książka rzutowała na resztę przeczytanych przeze mnie książek Lema.

Podkreślam przy tym, że „Golem XIV” to dla mnie już bardzo dawne czasy. Prawdopodobnie okres licealny. Nie był to właściwie mój pierwszy kontakt z twórczością Lema, ponieważ pamiętam, że już w podstawówce były przerabiane jego teksty. Chyba wtedy poznałem „Bajki robotów” i „Opowieści o pilocie Pirxie”. Aczkolwiek coś mi się wydaje, że w podstawówce były to jedynie fragmenty przedrukowane do podręcznika, a nie osobne książki jako lektury (jestem prawie pewny, że tak było z Bajkami, a jak było z Pirxie to już nie pamiętam).

W każdym jednak razie, z dzisiejszego punktu widzenia, ciekawym zbiegiem okoliczności jest, że pomimo dawnego (raczej) przypadkowego wyboru „Golem XIV”, poruszane przeze mnie dzisiaj w pracy naukowej zagadnienia korespondują z tym o czym był „Golem XIV”. W wielkim uproszczeniu chodzi o sztuczną inteligencję. Odsyłam do mojej publikacji „Perspektywy wykorzystania sztucznej inteligencji w postępowaniu sądowym” oraz do wpisu „Elektroniczny sędzia”. Od razu jednak zaznaczam, że nie uważam, aby były związki pomiędzy tym co napisałem w tym ostatnim wpisie z tym o czym jest „Golem XIV”.

E-doręczenia pism urzędowych

W poprzednim wpisie wspomniałem o elektronicznych doręczeniach jako jednym z kluczowych elementów, który powinien towarzyszyć ustanowieniu elektronicznych sędziów.  E-doręczenia to jednak element, które może zostać wdrożony niezależnie. Nawet nie tyle może, co powinien, ponieważ tradycyjny model doręczeń budzi obecnie liczne kontrowersje.

Pomimo ogromnego postępu w zakresie komunikacji w ostatnich latach urzędy i sądy stosują co do zasady metody komunikacyjne takie same jak wieki temu. Metody te, a właściwie jedna metoda – wysłanie papierowego listu pocztą – sama w sobie nie jest jednak ani zła, ani nawet nie jest przestarzała. Problemy powstają wskutek posługiwania się papierowymi doręczeniami w warunkach znacznej mobilności ludzi i w szeroki zakresie (zbyt szerokim) opierania się na „fikcji doręczenia” (czyli uznawaniu doręczenia za wywołujące skutki prawne po podwójnym awizowaniu). Szczególnie posługiwanie się fikcją doręczenia wydaje się całkowicie nieuzasadnione w kontekście wielu możliwych kanałów komunikacji.

Fikcja doręczenia

Krótko ujmując, doręczenie pocztowe ma sens, gdy jest pewność, że odbiorca rzeczywiście przebywa pod wskazanym adresem. A co do tego w obecnych czasach pewności nigdy nie ma. Wyjaśnię na marginesie, że z punktu widzenia procedur sądowych adres zameldowania nie odgrywa istotnej roli. Kluczowym jest rzeczywisty adres zamieszkania.

Jednocześnie rażące jest przyjmowanie „fikcji doręczenia” w sytuacji ciągłej dostępności danej osoby online. W efekcie wychodzi często tak, że sąd lub urząd zadowala się „fikcją doręczenia” i podejmuje dalsze czynności w sprawie bez wiedzy adresata, pomimo że ten potencjalny adres był na wyciągnięcie ręki w Internecie. W takim stanie rzeczy gloryfikowanie doręczeń papierowych jako niby „najbezpieczniejszych” jest pozbawione sensu. E-doręczenia mają nadto to do siebie, że relatywnie niewielkim kosztem można podejmować wiele prób i kierować przesyłkę wieloma kanałami jednocześnie.

Tematyka nie jest nowa. W 2014 r. napisałem na ten temat artykuł prasowy do Gazety Prawnej. Miał wymowny tytuł: „Doręczenia sądowe: Lepiej otrzymać pismo przez Facebooka niż wcale.

Obecne uregulowania e-doręczeń

Choć obowiązujące przepisy dopuszczają posługiwanie się e-doręczeniami (m.in. poprzez ePUAP lub inne specjalne system teleinformatyczne), to jednak istnieje jeszcze niemałe pole do dalszych modernizacji. W szczególności aktualne rozwiązania w zakresie e-doręczeń najczęściej mają charakter szczególny. Traktowane są jako wyjątki od zasady jaką jest doręczenie papierowe poprzez pocztę. Wyjaśniam, że akcentuję w tym wpisie wykorzystywanie poczty i przesyłki na adres zamieszkania, gdyż taką, w zdecydowanej większości przypadków, formę przybierają tradycyjne doręczenia. Choćby doręczenie na adres miejsca pracy jest rzadko spotykane.

Odnośnie do aktualnych uregulowań warto jedynie wskazać tytułem przykładu na nowy przepis art. 149[1] k.p.c. Od razu zaznaczam, że ma on bardzo wąski zakres zastosowania, gdyż dotyczy jedynie wezwań. Hipotetycznie stwarza jednak możliwość częstego wykorzystywania (w takim zakresie zastoswania), ponieważ odstąpienie od tradycyjnych doręczeń uzależnia od „niezbędności dla szybszego rozpoznania sprawy”. Przede wszystkim, co jest ogromnym plusem, pozwala ogólnie stosować sposób uznany za najbardziej celowy. W takim ujęciu wskazany przepis powinien stanowić wzór dla dalszych wdrożeń e-doręczeń.

Jakie e-doręczenia?

Nowy model doręczeń powinnien być tak skonstuowany, aby ukierunkwoany była na rzeczywiste doręczenie. Wykorzystane mogłyby być jakiekolwiek sposoby, byleby były skuteczne. Mogły to być zarówno „poważne” kanały komunikacji, jak i takie, które nie zawsze za poważne są uznawana. Jeśli wiadomym jest, że adresat używa codziennie Facebooka lub Snapa (gdyż stale zamieszcza tam posty), to trzeba tam skierować doręczenie.

Czynności doręczeniowe organ publiczny powinien podejmować do skutku, a nie zadowalać się podwójnym awizowaniem i przyjmować fikcję doręczenia. Choć rezygnacja z łatwego rozwiązania jakim jest stosowanie fikcji doręczenia może przejściowo obniżyć efektywność, to jednak wydaje się, że w dłuższej perspektywie efektywnośc wcale nie musi zmaleć. Trudno przy tym porównywać efektywność doręczeń przy fikcji doręczeni i bez jej wykorzystywania. Stosowanie fikcji doręczenia oznacza przecież zerową skuteczność doręczenia, a o efektywności można jedynie mówić w takiej sytuacji, że dzięki temu postępowanie toczy się sprawniej, a nie tylko szybciej wskutek nieprzejmowania się kwestią skuteczności doręczenia.

E-doręczenia niekoniecznie muszą wyprzeć tradycyjne doręczenia w danej sprawie. Można sobie wyobrazić taki wariant, że organ publiczny zastosuje e-doręczenie obok zwykłego doręczenia. Zwłaszcza zaś postulować należałoby stworzenie takiego prawa w przyszłości, aby przed przyjęciem fikcji doręczenia przez organ publiczny był on zobligowany poszukać kontaktu do adresata w Internecie.

Elektroniczny sędzia

Elektroniczny sędzia to w moim rozumieniu potoczne określenie na zautomatyzowanie wydawanie orzeczeń sądowych. Choć takie rozwiązanie wydaje się fantazyjne, to jednak głębsza analiza zagadnienia skłania do akceptacji takiej możliwości. Od razu jednak zaznaczam, że nie proponuję, aby elektroniczny sędzia zastąpił sędziego-człowieka we wszystkich sprawach sądowych, lecz tylko w niektórych. Jedynie część spraw nadaje się do automatycznego rozpoznania, przy czym nawet w takich przypadkach powinna istnieć możliwość zaskarżenia komputerowego rozstrzygnięcia do sędziego-człowieka.

Za elektronicznym sędzią przemawiają co najmniej trzy argumenty: szybka poprawa efektywności sądownictwa; unowocześnienie rozwiązań nieadekwatnych do dzisiejszych możliwości komunikacyjnych; a także wsparcie polskich innowacji i rynku informatycznego. Druga ze wskazanych kwestii jest o tyle istotna, iż ukazuje ewolucyjny, a nie – wbrew pozorom – rewolucyjny charakter propozycji. W gruncie rzeczy przyszłego elektronicznego sędziego można postrzegać w początkowym okresie głównie jako rozwój obecnie funkcjonującego e-sądu, czyli sądu rozpoznającego sprawy w ramach elektronicznego postępowanie upominawczego. To specjalne postępowanie cywilne działa już wiele lat (od 2010 r.) i powinno zostać zmodernizowane – proponuję, aby modernizacja szła właśnie w kierunku automatyzacji orzekania, co można powiązać z istotnym zwiększeniem praw stron w tym postępowaniu.

Problematyka elektronicznego sędziego wiąże się z moimi publikacjami naukowych, w szczególności z artykułem z 2015 r. pt. „Perspektywy wykorzystania sztucznej inteligencji w postępowaniu sądowym” (Przegląd Sądowy 2015/10, s. 46-60) oraz rozdziałem pt. „Perspektywy pełnego zautomatyzowania elektronicznego postępowania upominawczego” w książce „E-obywatel. E-sprawiedliwość. E-usługi” (Warszawa 2017, s. 223-233). Kwestie te poruszyłem również w artykule pt. „Normy informatyczne w prawie postępowania cywilnego” (Przegląd Sądowy 2017/2, s. 43-60). Wreszcie częściowo koresponduje to z tematyką mojej ostatniej książki pt. „Internetowy system pozasądowego rozstrzygania sporów konsumenckich w Unii Europejskiej. Komentarz”, o której pisałem w poprzednim poście. Na problematykę automatyzacji orzekania wskazałem również w swojej książce z 2014 r. pt. „Elektroniczne postępowanie upominawcze”.

Odsyłam do tych publikacji po szczegóły, a w niniejszym wpisie tylko kilka uwag (pełny wykaz moich publikacji dostępny na stronie gozdziaszek.pl oraz na stronie uniwersyteckiej, nadto w zakładce „Aktualności” na pierwszej z tych na stron można znaleźć opisy moich publikacji, jak też referatów konferencyjnych). Znamienne jest jednak, że na ten temat jest literatura naukowa. Zagadnienie nie jest całkowicie nowe, a moje publikacje to jedynie niewielka część literatury w przedmiotowej materii.

System teleinformatyczny jako elektroniczny sędzia

W pierwszej kolejności trzeba mieć na względzie, że obecnie stosowane są już wysokorozwinięte rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji, lecz tylko w sektorze komercyjnym, a nie publicznym. Najlepszym przykładem są różnego rodzaje usługi gigantów internetowych jak Google lub Facebook. Dobrym dowodem na nowoczesność tych usług jest fakt, że wspomniane przedsiębiorstwa zatrudniają relatywnie małą liczbę ludzi. Natomiast o skali ich działania nikogo przekonywać nie trzeba. Możliwe jest to właśnie poprzez wysoką automatyzację.

Określając zaś stan rozwoju technologii w zakresie sztucznej inteligencji zawsze wskazuje na jedną kwestię: nie jesteśmy na etapie sztucznej inteligencji, która potrafi wygrać w szachy z mistrzem szachowym (bardzo stare dzieje), ale co najmniej na etapie komputera, który potrafi wygrać telewizyjny program Va banque. Może nie jest to najlepszy przykład, ale bardzo obrazowy. I co ważne. To zwycięstwo w programie Va banque nie tylko jest faktem, ale też miało miejsce w 2011 r., czyli dość dawno. Dziś już chyba nikt nie zajmuje się badaniem sztucznej inteligencji w kontekście gier i programów telewizyjnych, gdyż jest raczej jasne, że komputer potrafiłby wygrać z człowiekiem w każdą grę wymagającą wiedzy, refleksu i inteligencji. Na marginesie wyjaśniam, że tak właściwie to chodzi o program Jeopardy (a nie Va banque), ponieważ taka jest jego oryginalna nazwa i to w tym oryginalnym programie miało miejsce to zwycięstwo komputera z „ludzkimi” mistrzami tej gry.

Na potrzeby stworzenia elektronicznego sędziego nie ma przy tym potrzeby, aby sztuczna inteligencja była wysokozaawansowana. Przeciwnie, to powinna być jej bardzo prosta postać, tak aby była maksymalnie przewidywalna. Właśnie z przewidywalności działania algorytmu wynika szereg zalet, m.in. jednolita „linia orzecznicza”. Bardziej skomplikowane sprawy sądowe zawsze rozpoznałaby i tak sędzia-człowiek, zatem jedynie te prostsze sprawy (o masowym i powtarzalnym charakterze) trafiłby na wokandę elektronicznego sędziego.

Elektroniczny sędzia zamiast rozwiązań sprzed ery rewolucji komunikacyjnej

Wysoka efektywność elektronicznego sędziego stwarza warunki do rezygnacji z obecnych kontrowersyjnych rozwiązań zapewniających efektywność. Podkreślam od razu, że te stare rozwiązania znacznie bardziej ingerują w prawa stron postępowania, zwłaszcza pozwanego, niż ingerowałby elektroniczny sędzia. Chodzi mi tutaj przede wszystkim o rezygnację z fikcji doręczeń, czyli nieprzyjmowanie fikcji, że doręczenie jest skuteczne po podwójnej awizacji przesyłki przez pocztę, a bez potrzeby faktycznego odbioru. W nowym modelu doręczeń można byłoby uznawać wyłącznie takie doręczenia, które faktycznie zostały odebrane przez adresata, w tym poprzez nietypowe kanały komunikacji jak np. Facebook. Drugim rozwiązaniem, z którego można byłoby zrezygnować to wydawanie orzeczeń bez uprzedniego informowania pozwanego o sprawie, jak to ma obecnie miejsce w postępowaniach upominawczo-nakazowych. Elektroniczny sędzia byłby na tyle efektywny, że mógłby dać możliwość pozwanemu wypowiedzenia się co do sprawy przed wydaniem przykładowo nakazu zapłaty.

Wsparcie innowacji

Ustanowienie e-sędziów stanowiłoby wreszcie istotny impuls dla rozwoju technologicznego w Polsce. Ukazałoby nowoczesność polskich przedsięwzięć informatycznych w sektorze publicznym. To również szansa na uczynienie z polskiej informatyzacji wyśmienitego przykładu wykorzystania nowych osiągnieć technicznych.

Platforma ODR

Na wstępie wyjaśnię dwa skróty, którymi będę się posługiwał w dalszej części wpisu: ADR (Alternative Dispute Resolution) to alterentywne metody rozstrzygania sporów, zaś ODR (Online Dispute Resolution) to „elektroniczne” alterentywne metody rozstrzygania sporów. Z kolei będąca tematem wpisu platforma ODR to prowadzony przez Komisję Europejską interaktywny portal internetowy (link do platformy ODR). Platforma ta powstała na potrzeby rozwiązywania sporów w handlu elektronicznym. Dzięki niej konsumenci mogą zainicjować drogą elektroniczną postępowanie ADR (polubowne lub mediacyjne), a podmiot rozwiązujący spór może dzięki niej kontaktować się ze stronami. Platforma ODR umożliwiając wszczęcie i prowadzenie postępowania ADR stanowi pozasądowe drogę rozwiązania sporu, stanowiąc tym samym alternatywę względem zwykłych sądów.

Platforma ODR w praktyce

Platforma ODR hipotetycznie miała zostać uruchomiona w styczniu 2016. Faktycznie zaczęła działać dopiero w lutym 2016. Jednak Polska w całości została „podłączona” do platformy ODR dopiero w marcu 2017 r., co nie oznacza jednak, że polscy konsumenci i polscy przedsiębiorcy nie mogli do tego czasu korzystać z tej platformy. Mogli. Jednak spraw nie mogły załatwiać polskie podmioty ADR.

Nasze polskie opóźnienie w znacznej mierze było konsekwencją przedłużających się prac nad polską ustawą o pozasądowym rozwiązywaniu sporów konsumenckich. Ustawa ta została uchwalona dopiero w dniu 23.9.2016. Do dziś zresztą wciąż do platformy nie jest podłączonych kilka krajów Unii Europejskiej (tj. Hiszpania, Rumunia i Chorwacja).

Pomimo że wiele państw z opóżnieniem umożliwiło krajowym podmiotom ADR korzystanie z infrastruktury platformy ODR, to jednak dotąd wiele skarg załatwiono za jej pośrednictwem. Dotąd za pomocą platformy ODR wniesiono prawie 33 tys. skarg (zdecydowanie najwięcej skarg związanych jest z Niemcami i Wielką Brytania, czyli albo konsument, albo sprzedawca pochodzi z tych krajów). Skarg od konsumentów z Polski lub przeciwko przedsiębiorcom z Polski uzbierał się dotąd niecały 1 tys. spraw.

Mankamentem obecnego stanu rzeczy, który może rzutować na ograniczoną popularność platformy ODR jest niewielka liczba polskich podmiotów ADR podłączonych do platformy ODR. Aktualnie jedynie pięć podmiotów ADR ma siedzibę w Polsce, tj.:

  • Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej
  • Stowarzyszenie Praw Pasażerów Przyjazne Latanie
  • Związek Banków Polskich Bankowy Arbitraż Konsumencki
  • Rzecznik Finansowy
  • Rzecznik Praw Pasażera Kolei przy Prezesie Urzędu Transportu Kolejowego

Dla porównania – podmiotów ADR z Niemiec jest 22, a z Wielkiej Brytanii 43. Co więcej, wszystkie polskie podmioty ADR są sektorowe (jedynie z branży telekomunikacyjnej, finansowej i transportowej), zaś w podmioty z innych krajów, nawet jeśli nie ma ich wiele, to jednak mają często ogólny profil działalności. Konsumenci mieszkający w Polsce muszą zatem nierzadko korzystać z tych zagranicznych podmiotów ADR zamiast polskich.

Jakie sprawy można załatwić za pomocą platformy ODR?

Zakres zastosowania platformy ODR jest generalnie szeroki. Co oczywiste musi to być jednak spór konsumencki, a zatem klienta ze sprzedawcą (czasami dopuszczalny jest też spór sprzedawcy z klientem, czyli, że to przedsiębiorca wnosi skargę przeciwko konsumentowi).

Spory muszą być również związane z obrotem elektronicznym, czyli dotyczyć internetowych umowy sprzedaży lub umowy o świadczenie usług (choć brzmi tajemnieczo, to warto podkreślić, że taki zakres obejmuje przede wszystkich zwykłe zakupu towaru lub usługi w sklepie internetowym.

Spory nie muszą jednak być międzynarodowe. Mogą być typowo krajowe. Przykładowo, możliwe jest zatem, aby przy pomocy platformy ODR konsument mieszkający w Polsce dochodził roszczeń wzgledem sklepu internetowego z siedzibą też w Polsce. Dotąd prawie 64% spraw to właśnie sprawy o charakterze krajowym.

Obecnie sprawy jakie wpłynęły poprzez platformę ODR dotyczą głównie sklepów odzieżowych, linii lotniczych, sprzętu komputerowego i innych artykułów elektronicznych.

Linki do „platforma ODR”

Przedsiębiorcy sprzedający w Internecie towary i usługi mają obowiązek zamieścić na swojej stronie internatowej link do tej platformy. Wiele sklepów (usługodawców) zamieściło już dawno te linki. Faktycznie linki te nie tylko ułatwiają odnalezienie platformy ODR w Internecie, ale przede wszystkim promują alternatywne metody rozwiązywania sporów.

Moja książka

Więcej informacji o platformie ODR w mojej nowej książce „Internetowy system pozasądowego rozstrzygania sporów konsumenckich w Unii Europejskiej. Komentarz” (wydanej przez wydawnictwo DIFIN).

Wykluczenie i zniewolenie cyfrowe

Około 10-15 lat temu wiodącym problemem informatyzacji podmiotów publicznych był problem wykluczenia cyfrowego. Wiązał się on również z planami rozwijania elektronicznej gospodarki. W obecnych zaś czasach problem jest już jednak nie wykluczenie, lecz zniewolenie cyfrowe. Nie oznacza to, że nie ma obecnie osób wykluczonych cyfrowa, lecz dominuje kwestia zniewolenia cyfrowego.

Od wykluczenia do zniewolenia cyfrowego

Nastąpiło zatem przesuniecie się sedna problemu z jednej skrajności (wykluczenie cyfrowe pewnej części społeczeństwa) w drugą (zniewolenie cyfrowe innej części społeczeństwa). Kwintesencja problemu jest taka sama – niewłaściwe obycie z technologią. Niestety wydaje się, że różnego typu konsekwencje są znacznie bardziej groźniejsze w przypadku zniewolenia cyfrowego.

Współczesne zniewolenie cyfrowe

W kontekście zniewolenia cyfrowego nie mówię jedynie o korzystaniu z Internetu dla rozrywki, lecz o zawierzaniu technologii w sprawach życia codziennego i zawodowego. Zagadnienie to było już faktycznie przedmiotem kilku spraw sądowych. Zniewolenie cyfrowe to zatem również problem prawny. Jednak legislacja raczej go nie dostrzega. Przeciwnie, nowe regulacje zwiększają rolę technologii. W znacznym zakresie zniewolenie cyfrowe jest pochodną przetwarzania danych osobowych.

Technologia w orzecznictwie sądowym

Wspomnę tylko o jednym orzeczeniu sądowym, w którym dano wyraz uzależnieniu od technologii – uchwały Sądu Najwyższego z 4.06.2009 r. o sygnaturze III CZP 33/09 (dodam od razu, że ostatecznie sprawa skończyła się prawidłowo, a problemy pojawiły się na etapie, gdy sprawa była w sądzie powszechnym). Wybieram tylko jedno orzeczenia, ponieważ jest ona dla mnie ważne z dwóch powodów. Jest to pierwsze orzeczenie sądu polskiego, które poruszyło ten problem, a nadto jest to orzeczenie, do którego napisałem swoją pierwszą w zyciu glosę, a zatem jestem z nim emocjonalnie związany (namiary na glosą: Ł. Goździaszek, „Wykonawcza rola systemu informatycznego Krajowego Rejestru Sądowego – glosa do uchwały SN z 4.06.2009 r. (III CZP 33/09)”, Glosa 2010, nr 3, s. 58-65).

Sprawa ta, ogólnie rzecz ujmując, polegała na tym, że sąd nie rozstrzygnął sprawy tak jak literalnie przewidywało prawo, lecz tak jak możliwe było wykonanie orzeczenia w systemie teleinformatyczny obsługującym rejestr sądowy. Nie wnikając w dalsze szczegóły tej sprawy (odsyłam tutaj to tego orzeczenia i mojej glosy), to podkreślić chciałabym, że właśnie mamy w takim przypadku do czynienia ze zniewoleniem cyfrowym. Przecież to nie ludzie (i prawo) powinni się dostosować do systemów teleinformatycznych, ale systemy do ludzi (i prawa). Jeżeli system uniemożliwia wykonanie czegoś, co musi być dokonane, a nawet obowiązkowo musi być wykonane, to trzeba ten system komputerowy, zmodyfikować tak, aby to umożliwić. Nie można poprzestawać na tym co umożliwia aktualna wersja systemu teleinfortycznego.

Związanie technologiami

Na zakończenie dodam, że sam również w coraz większym stopniu polegam na technologii. Mam tego świadomość, jak też zdaję sobie sprawę z zawodności tej technologii, a tym samym uwzględniam ryzyko jej niedziałania. Przykładowo, mój plan dnia jest całkowicie uzależniony od elektronicznego kalendarza. Szeroko rozumianego kalendarza, który nie tylko zawiera dat, godzin i miejsc spotkania, ale też sugeruje mi czas niezbędny na dotarcie na miejsce.

Monitoring sąsiedzki

W poprzednim wpisie poruszyłem kwestię monitoringu sklepowego. Nie jest to jednak jeszcze temat dostatecznie dobrze rozpoznany przez doktrynę i judykaturę. Co innego monitoring sąsiedzki. Sądy już kilkakrotnie zajmowały się pozwami wniesionymi przez osoby, które miały poczucie naruszenia ich dóbr osobistych przez sąsiada, który zainstalował monitoring. Oczywiście chodzi o sytuację kiedy monitoring sąsiedzki został tak zamontowany, że obejmował część posesji sąsiada lub choćby dojazd do ich posesji.

W tym wpisie będę odwoływał się jedynie do dwóch wyroków sądowych:

  • wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 17 sierpnia 2016 r. (sygnatura akt: VI ACa 839/15),
  • i wyroku Sądu Apelacyjnego w Krakowie z dnia 28 maja 2014 r. (sygnatura akt: I ACa 184/14).

Monitoring sąsiedzki jest jednak przedmiotem również wielu innych spraw sądowych. Przywołuje tylko te dwa wyroki jako najbardziej reprezentatywne. Nadto są to roztrzygnięcia już prawomocne.

Zakazanie nagrywania przez sąd

W obu przytoczonych wyrokach sądy uznały, że poprzez stały monitoring sąsiedzki, obejmujący część posesji innych osób, doszło do naruszenia prawa do prywatności, a tym samym naruszenia dóbr osobistych, o jakich mowa w art. 23 i 24 Kodeksu cywilnego. Dodatkowo w sprawie o sygnaturze VI ACa 839/15 sąd wskazał, że oprócz prawa do prywatności naruszono również prawo do wizerunku (jako kolejne dobro osobiste).

Zdaniem obu sądów, powoływanie się pozwanego na względy bezpieczeństwa nie uzasadnia stałego monitorowania życia sąsiadów. Słuszne podejście. Bezpieczeństwo jest oczywiście ważne, ale, co częściowo wynika z tych wyroków, dbanie o swoje bezpieczeństwo nie może obywać się kosztem naruszania dóbr osobistych sąsiadów. Zwłaszcza, że to nie w obawie przed działaniami sąsiadów instaluje się monitoring sąsiedzki. W sprawie VI ACa 839/15 pojawił się przy tym ciekawy wątek, że sąsiad – właściciel monitoringu, powoływał się na konieczność funkcjonowania monitoringu w celu zapewnienia bezpieczeństwa, ale nie przeszkadzało mu, w kontekście dbałości o swoje bezpieczeństwo, że nie miał pełnego ogrodzenie swojej posesji:)

Co warto podkreślić, sądy (odwołuję się tutaj bezpośrednio do sprawy VI ACa 839/15) zakazywały rejestrowania za pomocą kamer:

  • obrazu budynku i posesji sąsiada,
  • a także wizerunku sąsiadów i innych osób przebywających w wyżej wymienionym budynku i na posesji.

Sądy nie nakazywały zatem demontażu monitoringu. Jest to słuszne, bo nie byłoby ku temu podstawy prawnej. Zakaz dotyczy jedynie nagrywania posesji sąsiadów. Kto chce zatem instalować monitoring, powinien tak ukierunkować kamery, aby obejmowały wyłącznie własną posesję. Nie powinny również, jak się wydaje, obejmować części wspólnych, przykładowo drogi wewnętrznej, chyba że wszyscy sąsiedzi wyrażą na to zgodę.

Zadośćuczynienie za monitoring sąsiedzki?

Nie jest wykluczone otrzymanie zadośćuczynienia pieniężnego za monitoring sąsiedzki. Jednak znacznie trudniej uzyskać zadośćuczynienie niż sądowy zakaz nagrywania. Podstawą prawną będzie art. 448 Kodeksu cywilnego. W wyżej przywołanej sprawie o sygnaturze VI ACa 839/15 sąd zasądzić 5000 zł zwadouśćuczunienia za monitoring od sąsiada (choć powodowie żądali 10000 zł). Z kolei w sprawie I ACa 184/14 sąd odmówił zasądzenia zadośćuczynienia (tutaj powodowie żądali 20000 zł).