E-doręczenia pism urzędowych

W poprzednim wpisie wspomniałem o elektronicznych doręczeniach jako jednym z kluczowych elementów, który powinien towarzyszyć ustanowieniu elektronicznych sędziów.  E-doręczenia to jednak element, które może zostać wdrożony niezależnie. Nawet nie tyle może, co powinien, ponieważ tradycyjny model doręczeń budzi obecnie liczne kontrowersje.

Pomimo ogromnego postępu w zakresie komunikacji w ostatnich latach urzędy i sądy stosują co do zasady metody komunikacyjne takie same jak wieki temu. Metody te, a właściwie jedna metoda – wysłanie papierowego listu pocztą – sama w sobie nie jest jednak ani zła, ani nawet nie jest przestarzała. Problemy powstają wskutek posługiwania się papierowymi doręczeniami w warunkach znacznej mobilności ludzi i w szeroki zakresie (zbyt szerokim) opierania się na „fikcji doręczenia” (czyli uznawaniu doręczenia za wywołujące skutki prawne po podwójnym awizowaniu). Szczególnie posługiwanie się fikcją doręczenia wydaje się całkowicie nieuzasadnione w kontekście wielu możliwych kanałów komunikacji.

Fikcja doręczenia

Krótko ujmując, doręczenie pocztowe ma sens, gdy jest pewność, że odbiorca rzeczywiście przebywa pod wskazanym adresem. A co do tego w obecnych czasach pewności nigdy nie ma. Wyjaśnię na marginesie, że z punktu widzenia procedur sądowych adres zameldowania nie odgrywa istotnej roli. Kluczowym jest rzeczywisty adres zamieszkania.

Jednocześnie rażące jest przyjmowanie „fikcji doręczenia” w sytuacji ciągłej dostępności danej osoby online. W efekcie wychodzi często tak, że sąd lub urząd zadowala się „fikcją doręczenia” i podejmuje dalsze czynności w sprawie bez wiedzy adresata, pomimo że ten potencjalny adres był na wyciągnięcie ręki w Internecie. W takim stanie rzeczy gloryfikowanie doręczeń papierowych jako niby „najbezpieczniejszych” jest pozbawione sensu. E-doręczenia mają nadto to do siebie, że relatywnie niewielkim kosztem można podejmować wiele prób i kierować przesyłkę wieloma kanałami jednocześnie.

Tematyka nie jest nowa. W 2014 r. napisałem na ten temat artykuł prasowy do Gazety Prawnej. Miał wymowny tytuł: „Doręczenia sądowe: Lepiej otrzymać pismo przez Facebooka niż wcale.

Obecne uregulowania e-doręczeń

Choć obowiązujące przepisy dopuszczają posługiwanie się e-doręczeniami (m.in. poprzez ePUAP lub inne specjalne system teleinformatyczne), to jednak istnieje jeszcze niemałe pole do dalszych modernizacji. W szczególności aktualne rozwiązania w zakresie e-doręczeń najczęściej mają charakter szczególny. Traktowane są jako wyjątki od zasady jaką jest doręczenie papierowe poprzez pocztę. Wyjaśniam, że akcentuję w tym wpisie wykorzystywanie poczty i przesyłki na adres zamieszkania, gdyż taką, w zdecydowanej większości przypadków, formę przybierają tradycyjne doręczenia. Choćby doręczenie na adres miejsca pracy jest rzadko spotykane.

Odnośnie do aktualnych uregulowań warto jedynie wskazać tytułem przykładu na nowy przepis art. 149[1] k.p.c. Od razu zaznaczam, że ma on bardzo wąski zakres zastosowania, gdyż dotyczy jedynie wezwań. Hipotetycznie stwarza jednak możliwość częstego wykorzystywania (w takim zakresie zastoswania), ponieważ odstąpienie od tradycyjnych doręczeń uzależnia od „niezbędności dla szybszego rozpoznania sprawy”. Przede wszystkim, co jest ogromnym plusem, pozwala ogólnie stosować sposób uznany za najbardziej celowy. W takim ujęciu wskazany przepis powinien stanowić wzór dla dalszych wdrożeń e-doręczeń.

Jakie e-doręczenia?

Nowy model doręczeń powinnien być tak skonstuowany, aby ukierunkwoany była na rzeczywiste doręczenie. Wykorzystane mogłyby być jakiekolwiek sposoby, byleby były skuteczne. Mogły to być zarówno „poważne” kanały komunikacji, jak i takie, które nie zawsze za poważne są uznawana. Jeśli wiadomym jest, że adresat używa codziennie Facebooka lub Snapa (gdyż stale zamieszcza tam posty), to trzeba tam skierować doręczenie.

Czynności doręczeniowe organ publiczny powinien podejmować do skutku, a nie zadowalać się podwójnym awizowaniem i przyjmować fikcję doręczenia. Choć rezygnacja z łatwego rozwiązania jakim jest stosowanie fikcji doręczenia może przejściowo obniżyć efektywność, to jednak wydaje się, że w dłuższej perspektywie efektywnośc wcale nie musi zmaleć. Trudno przy tym porównywać efektywność doręczeń przy fikcji doręczeni i bez jej wykorzystywania. Stosowanie fikcji doręczenia oznacza przecież zerową skuteczność doręczenia, a o efektywności można jedynie mówić w takiej sytuacji, że dzięki temu postępowanie toczy się sprawniej, a nie tylko szybciej wskutek nieprzejmowania się kwestią skuteczności doręczenia.

E-doręczenia niekoniecznie muszą wyprzeć tradycyjne doręczenia w danej sprawie. Można sobie wyobrazić taki wariant, że organ publiczny zastosuje e-doręczenie obok zwykłego doręczenia. Zwłaszcza zaś postulować należałoby stworzenie takiego prawa w przyszłości, aby przed przyjęciem fikcji doręczenia przez organ publiczny był on zobligowany poszukać kontaktu do adresata w Internecie.

Elektroniczny sędzia

Elektroniczny sędzia to w moim rozumieniu potoczne określenie na zautomatyzowanie wydawanie orzeczeń sądowych. Choć takie rozwiązanie wydaje się fantazyjne, to jednak głębsza analiza zagadnienia skłania do akceptacji takiej możliwości. Od razu jednak zaznaczam, że nie proponuję, aby elektroniczny sędzia zastąpił sędziego-człowieka we wszystkich sprawach sądowych, lecz tylko w niektórych. Jedynie część spraw nadaje się do automatycznego rozpoznania, przy czym nawet w takich przypadkach powinna istnieć możliwość zaskarżenia komputerowego rozstrzygnięcia do sędziego-człowieka.

Za elektronicznym sędzią przemawiają co najmniej trzy argumenty: szybka poprawa efektywności sądownictwa; unowocześnienie rozwiązań nieadekwatnych do dzisiejszych możliwości komunikacyjnych; a także wsparcie polskich innowacji i rynku informatycznego. Druga ze wskazanych kwestii jest o tyle istotna, iż ukazuje ewolucyjny, a nie – wbrew pozorom – rewolucyjny charakter propozycji. W gruncie rzeczy przyszłego elektronicznego sędziego można postrzegać w początkowym okresie głównie jako rozwój obecnie funkcjonującego e-sądu, czyli sądu rozpoznającego sprawy w ramach elektronicznego postępowanie upominawczego. To specjalne postępowanie cywilne działa już wiele lat (od 2010 r.) i powinno zostać zmodernizowane – proponuję, aby modernizacja szła właśnie w kierunku automatyzacji orzekania, co można powiązać z istotnym zwiększeniem praw stron w tym postępowaniu.

Problematyka elektronicznego sędziego wiąże się z moimi publikacjami naukowych, w szczególności z artykułem z 2015 r. pt. „Perspektywy wykorzystania sztucznej inteligencji w postępowaniu sądowym” (Przegląd Sądowy 2015/10, s. 46-60) oraz rozdziałem pt. „Perspektywy pełnego zautomatyzowania elektronicznego postępowania upominawczego” w książce „E-obywatel. E-sprawiedliwość. E-usługi” (Warszawa 2017, s. 223-233). Kwestie te poruszyłem również w artykule pt. „Normy informatyczne w prawie postępowania cywilnego” (Przegląd Sądowy 2017/2, s. 43-60). Wreszcie częściowo koresponduje to z tematyką mojej ostatniej książki pt. „Internetowy system pozasądowego rozstrzygania sporów konsumenckich w Unii Europejskiej. Komentarz”, o której pisałem w poprzednim poście. Na problematykę automatyzacji orzekania wskazałem również w swojej książce z 2014 r. pt. „Elektroniczne postępowanie upominawcze”.

Odsyłam do tych publikacji po szczegóły, a w niniejszym wpisie tylko kilka uwag (pełny wykaz moich publikacji dostępny na stronie gozdziaszek.pl oraz na stronie uniwersyteckiej, nadto w zakładce „Aktualności” na pierwszej z tych na stron można znaleźć opisy moich publikacji, jak też referatów konferencyjnych). Znamienne jest jednak, że na ten temat jest literatura naukowa. Zagadnienie nie jest całkowicie nowe, a moje publikacje to jedynie niewielka część literatury w przedmiotowej materii.

System teleinformatyczny jako elektroniczny sędzia

W pierwszej kolejności trzeba mieć na względzie, że obecnie stosowane są już wysokorozwinięte rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji, lecz tylko w sektorze komercyjnym, a nie publicznym. Najlepszym przykładem są różnego rodzaje usługi gigantów internetowych jak Google lub Facebook. Dobrym dowodem na nowoczesność tych usług jest fakt, że wspomniane przedsiębiorstwa zatrudniają relatywnie małą liczbę ludzi. Natomiast o skali ich działania nikogo przekonywać nie trzeba. Możliwe jest to właśnie poprzez wysoką automatyzację.

Określając zaś stan rozwoju technologii w zakresie sztucznej inteligencji zawsze wskazuje na jedną kwestię: nie jesteśmy na etapie sztucznej inteligencji, która potrafi wygrać w szachy z mistrzem szachowym (bardzo stare dzieje), ale co najmniej na etapie komputera, który potrafi wygrać telewizyjny program Va banque. Może nie jest to najlepszy przykład, ale bardzo obrazowy. I co ważne. To zwycięstwo w programie Va banque nie tylko jest faktem, ale też miało miejsce w 2011 r., czyli dość dawno. Dziś już chyba nikt nie zajmuje się badaniem sztucznej inteligencji w kontekście gier i programów telewizyjnych, gdyż jest raczej jasne, że komputer potrafiłby wygrać z człowiekiem w każdą grę wymagającą wiedzy, refleksu i inteligencji. Na marginesie wyjaśniam, że tak właściwie to chodzi o program Jeopardy (a nie Va banque), ponieważ taka jest jego oryginalna nazwa i to w tym oryginalnym programie miało miejsce to zwycięstwo komputera z „ludzkimi” mistrzami tej gry.

Na potrzeby stworzenia elektronicznego sędziego nie ma przy tym potrzeby, aby sztuczna inteligencja była wysokozaawansowana. Przeciwnie, to powinna być jej bardzo prosta postać, tak aby była maksymalnie przewidywalna. Właśnie z przewidywalności działania algorytmu wynika szereg zalet, m.in. jednolita „linia orzecznicza”. Bardziej skomplikowane sprawy sądowe zawsze rozpoznałaby i tak sędzia-człowiek, zatem jedynie te prostsze sprawy (o masowym i powtarzalnym charakterze) trafiłby na wokandę elektronicznego sędziego.

Elektroniczny sędzia zamiast rozwiązań sprzed ery rewolucji komunikacyjnej

Wysoka efektywność elektronicznego sędziego stwarza warunki do rezygnacji z obecnych kontrowersyjnych rozwiązań zapewniających efektywność. Podkreślam od razu, że te stare rozwiązania znacznie bardziej ingerują w prawa stron postępowania, zwłaszcza pozwanego, niż ingerowałby elektroniczny sędzia. Chodzi mi tutaj przede wszystkim o rezygnację z fikcji doręczeń, czyli nieprzyjmowanie fikcji, że doręczenie jest skuteczne po podwójnej awizacji przesyłki przez pocztę, a bez potrzeby faktycznego odbioru. W nowym modelu doręczeń można byłoby uznawać wyłącznie takie doręczenia, które faktycznie zostały odebrane przez adresata, w tym poprzez nietypowe kanały komunikacji jak np. Facebook. Drugim rozwiązaniem, z którego można byłoby zrezygnować to wydawanie orzeczeń bez uprzedniego informowania pozwanego o sprawie, jak to ma obecnie miejsce w postępowaniach upominawczo-nakazowych. Elektroniczny sędzia byłby na tyle efektywny, że mógłby dać możliwość pozwanemu wypowiedzenia się co do sprawy przed wydaniem przykładowo nakazu zapłaty.

Wsparcie innowacji

Ustanowienie e-sędziów stanowiłoby wreszcie istotny impuls dla rozwoju technologicznego w Polsce. Ukazałoby nowoczesność polskich przedsięwzięć informatycznych w sektorze publicznym. To również szansa na uczynienie z polskiej informatyzacji wyśmienitego przykładu wykorzystania nowych osiągnieć technicznych.

Platforma ODR

Na wstępie wyjaśnię dwa skróty, którymi będę się posługiwał w dalszej części wpisu: ADR (Alternative Dispute Resolution) to alterentywne metody rozstrzygania sporów, zaś ODR (Online Dispute Resolution) to „elektroniczne” alterentywne metody rozstrzygania sporów. Z kolei będąca tematem wpisu platforma ODR to prowadzony przez Komisję Europejską interaktywny portal internetowy (link do platformy ODR). Platforma ta powstała na potrzeby rozwiązywania sporów w handlu elektronicznym. Dzięki niej konsumenci mogą zainicjować drogą elektroniczną postępowanie ADR (polubowne lub mediacyjne), a podmiot rozwiązujący spór może dzięki niej kontaktować się ze stronami. Platforma ODR umożliwiając wszczęcie i prowadzenie postępowania ADR stanowi pozasądowe drogę rozwiązania sporu, stanowiąc tym samym alternatywę względem zwykłych sądów.

Platforma ODR w praktyce

Platforma ODR hipotetycznie miała zostać uruchomiona w styczniu 2016. Faktycznie zaczęła działać dopiero w lutym 2016. Jednak Polska w całości została „podłączona” do platformy ODR dopiero w marcu 2017 r., co nie oznacza jednak, że polscy konsumenci i polscy przedsiębiorcy nie mogli do tego czasu korzystać z tej platformy. Mogli. Jednak spraw nie mogły załatwiać polskie podmioty ADR.

Nasze polskie opóźnienie w znacznej mierze było konsekwencją przedłużających się prac nad polską ustawą o pozasądowym rozwiązywaniu sporów konsumenckich. Ustawa ta została uchwalona dopiero w dniu 23.9.2016. Do dziś zresztą wciąż do platformy nie jest podłączonych kilka krajów Unii Europejskiej (tj. Hiszpania, Rumunia i Chorwacja).

Pomimo że wiele państw z opóżnieniem umożliwiło krajowym podmiotom ADR korzystanie z infrastruktury platformy ODR, to jednak dotąd wiele skarg załatwiono za jej pośrednictwem. Dotąd za pomocą platformy ODR wniesiono prawie 33 tys. skarg (zdecydowanie najwięcej skarg związanych jest z Niemcami i Wielką Brytania, czyli albo konsument, albo sprzedawca pochodzi z tych krajów). Skarg od konsumentów z Polski lub przeciwko przedsiębiorcom z Polski uzbierał się dotąd niecały 1 tys. spraw.

Mankamentem obecnego stanu rzeczy, który może rzutować na ograniczoną popularność platformy ODR jest niewielka liczba polskich podmiotów ADR podłączonych do platformy ODR. Aktualnie jedynie pięć podmiotów ADR ma siedzibę w Polsce, tj.:

  • Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej
  • Stowarzyszenie Praw Pasażerów Przyjazne Latanie
  • Związek Banków Polskich Bankowy Arbitraż Konsumencki
  • Rzecznik Finansowy
  • Rzecznik Praw Pasażera Kolei przy Prezesie Urzędu Transportu Kolejowego

Dla porównania – podmiotów ADR z Niemiec jest 22, a z Wielkiej Brytanii 43. Co więcej, wszystkie polskie podmioty ADR są sektorowe (jedynie z branży telekomunikacyjnej, finansowej i transportowej), zaś w podmioty z innych krajów, nawet jeśli nie ma ich wiele, to jednak mają często ogólny profil działalności. Konsumenci mieszkający w Polsce muszą zatem nierzadko korzystać z tych zagranicznych podmiotów ADR zamiast polskich.

Jakie sprawy można załatwić za pomocą platformy ODR?

Zakres zastosowania platformy ODR jest generalnie szeroki. Co oczywiste musi to być jednak spór konsumencki, a zatem klienta ze sprzedawcą (czasami dopuszczalny jest też spór sprzedawcy z klientem, czyli, że to przedsiębiorca wnosi skargę przeciwko konsumentowi).

Spory muszą być również związane z obrotem elektronicznym, czyli dotyczyć internetowych umowy sprzedaży lub umowy o świadczenie usług (choć brzmi tajemnieczo, to warto podkreślić, że taki zakres obejmuje przede wszystkich zwykłe zakupu towaru lub usługi w sklepie internetowym.

Spory nie muszą jednak być międzynarodowe. Mogą być typowo krajowe. Przykładowo, możliwe jest zatem, aby przy pomocy platformy ODR konsument mieszkający w Polsce dochodził roszczeń wzgledem sklepu internetowego z siedzibą też w Polsce. Dotąd prawie 64% spraw to właśnie sprawy o charakterze krajowym.

Obecnie sprawy jakie wpłynęły poprzez platformę ODR dotyczą głównie sklepów odzieżowych, linii lotniczych, sprzętu komputerowego i innych artykułów elektronicznych.

Linki do „platforma ODR”

Przedsiębiorcy sprzedający w Internecie towary i usługi mają obowiązek zamieścić na swojej stronie internatowej link do tej platformy. Wiele sklepów (usługodawców) zamieściło już dawno te linki. Faktycznie linki te nie tylko ułatwiają odnalezienie platformy ODR w Internecie, ale przede wszystkim promują alternatywne metody rozwiązywania sporów.

Moja książka

Więcej informacji o platformie ODR w mojej nowej książce „Internetowy system pozasądowego rozstrzygania sporów konsumenckich w Unii Europejskiej. Komentarz” (wydanej przez wydawnictwo DIFIN).

Wykluczenie i zniewolenie cyfrowe

Około 10-15 lat temu wiodącym problemem informatyzacji podmiotów publicznych był problem wykluczenia cyfrowego. Wiązał się on również z planami rozwijania elektronicznej gospodarki. W obecnych zaś czasach problem jest już jednak nie wykluczenie, lecz zniewolenie cyfrowe. Nie oznacza to, że nie ma obecnie osób wykluczonych cyfrowa, lecz dominuje kwestia zniewolenia cyfrowego.

Od wykluczenia do zniewolenia cyfrowego

Nastąpiło zatem przesuniecie się sedna problemu z jednej skrajności (wykluczenie cyfrowe pewnej części społeczeństwa) w drugą (zniewolenie cyfrowe innej części społeczeństwa). Kwintesencja problemu jest taka sama – niewłaściwe obycie z technologią. Niestety wydaje się, że różnego typu konsekwencje są znacznie bardziej groźniejsze w przypadku zniewolenia cyfrowego.

Współczesne zniewolenie cyfrowe

W kontekście zniewolenia cyfrowego nie mówię jedynie o korzystaniu z Internetu dla rozrywki, lecz o zawierzaniu technologii w sprawach życia codziennego i zawodowego. Zagadnienie to było już faktycznie przedmiotem kilku spraw sądowych. Zniewolenie cyfrowe to zatem również problem prawny. Jednak legislacja raczej go nie dostrzega. Przeciwnie, nowe regulacje zwiększają rolę technologii. W znacznym zakresie zniewolenie cyfrowe jest pochodną przetwarzania danych osobowych.

Technologia w orzecznictwie sądowym

Wspomnę tylko o jednym orzeczeniu sądowym, w którym dano wyraz uzależnieniu od technologii – uchwały Sądu Najwyższego z 4.06.2009 r. o sygnaturze III CZP 33/09 (dodam od razu, że ostatecznie sprawa skończyła się prawidłowo, a problemy pojawiły się na etapie, gdy sprawa była w sądzie powszechnym). Wybieram tylko jedno orzeczenia, ponieważ jest ona dla mnie ważne z dwóch powodów. Jest to pierwsze orzeczenie sądu polskiego, które poruszyło ten problem, a nadto jest to orzeczenie, do którego napisałem swoją pierwszą w zyciu glosę, a zatem jestem z nim emocjonalnie związany (namiary na glosą: Ł. Goździaszek, „Wykonawcza rola systemu informatycznego Krajowego Rejestru Sądowego – glosa do uchwały SN z 4.06.2009 r. (III CZP 33/09)”, Glosa 2010, nr 3, s. 58-65).

Sprawa ta, ogólnie rzecz ujmując, polegała na tym, że sąd nie rozstrzygnął sprawy tak jak literalnie przewidywało prawo, lecz tak jak możliwe było wykonanie orzeczenia w systemie teleinformatyczny obsługującym rejestr sądowy. Nie wnikając w dalsze szczegóły tej sprawy (odsyłam tutaj to tego orzeczenia i mojej glosy), to podkreślić chciałabym, że właśnie mamy w takim przypadku do czynienia ze zniewoleniem cyfrowym. Przecież to nie ludzie (i prawo) powinni się dostosować do systemów teleinformatycznych, ale systemy do ludzi (i prawa). Jeżeli system uniemożliwia wykonanie czegoś, co musi być dokonane, a nawet obowiązkowo musi być wykonane, to trzeba ten system komputerowy, zmodyfikować tak, aby to umożliwić. Nie można poprzestawać na tym co umożliwia aktualna wersja systemu teleinfortycznego.

Związanie technologiami

Na zakończenie dodam, że sam również w coraz większym stopniu polegam na technologii. Mam tego świadomość, jak też zdaję sobie sprawę z zawodności tej technologii, a tym samym uwzględniam ryzyko jej niedziałania. Przykładowo, mój plan dnia jest całkowicie uzależniony od elektronicznego kalendarza. Szeroko rozumianego kalendarza, który nie tylko zawiera dat, godzin i miejsc spotkania, ale też sugeruje mi czas niezbędny na dotarcie na miejsce.

Monitoring sąsiedzki

W poprzednim wpisie poruszyłem kwestię monitoringu sklepowego. Nie jest to jednak jeszcze temat dostatecznie dobrze rozpoznany przez doktrynę i judykaturę. Co innego monitoring sąsiedzki. Sądy już kilkakrotnie zajmowały się pozwami wniesionymi przez osoby, które miały poczucie naruszenia ich dóbr osobistych przez sąsiada, który zainstalował monitoring. Oczywiście chodzi o sytuację kiedy monitoring sąsiedzki został tak zamontowany, że obejmował część posesji sąsiada lub choćby dojazd do ich posesji.

W tym wpisie będę odwoływał się jedynie do dwóch wyroków sądowych:

  • wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 17 sierpnia 2016 r. (sygnatura akt: VI ACa 839/15),
  • i wyroku Sądu Apelacyjnego w Krakowie z dnia 28 maja 2014 r. (sygnatura akt: I ACa 184/14).

Monitoring sąsiedzki jest jednak przedmiotem również wielu innych spraw sądowych. Przywołuje tylko te dwa wyroki jako najbardziej reprezentatywne. Nadto są to roztrzygnięcia już prawomocne.

Zakazanie nagrywania przez sąd

W obu przytoczonych wyrokach sądy uznały, że poprzez stały monitoring sąsiedzki, obejmujący część posesji innych osób, doszło do naruszenia prawa do prywatności, a tym samym naruszenia dóbr osobistych, o jakich mowa w art. 23 i 24 Kodeksu cywilnego. Dodatkowo w sprawie o sygnaturze VI ACa 839/15 sąd wskazał, że oprócz prawa do prywatności naruszono również prawo do wizerunku (jako kolejne dobro osobiste).

Zdaniem obu sądów, powoływanie się pozwanego na względy bezpieczeństwa nie uzasadnia stałego monitorowania życia sąsiadów. Słuszne podejście. Bezpieczeństwo jest oczywiście ważne, ale, co częściowo wynika z tych wyroków, dbanie o swoje bezpieczeństwo nie może obywać się kosztem naruszania dóbr osobistych sąsiadów. Zwłaszcza, że to nie w obawie przed działaniami sąsiadów instaluje się monitoring sąsiedzki. W sprawie VI ACa 839/15 pojawił się przy tym ciekawy wątek, że sąsiad – właściciel monitoringu, powoływał się na konieczność funkcjonowania monitoringu w celu zapewnienia bezpieczeństwa, ale nie przeszkadzało mu, w kontekście dbałości o swoje bezpieczeństwo, że nie miał pełnego ogrodzenie swojej posesji:)

Co warto podkreślić, sądy (odwołuję się tutaj bezpośrednio do sprawy VI ACa 839/15) zakazywały rejestrowania za pomocą kamer:

  • obrazu budynku i posesji sąsiada,
  • a także wizerunku sąsiadów i innych osób przebywających w wyżej wymienionym budynku i na posesji.

Sądy nie nakazywały zatem demontażu monitoringu. Jest to słuszne, bo nie byłoby ku temu podstawy prawnej. Zakaz dotyczy jedynie nagrywania posesji sąsiadów. Kto chce zatem instalować monitoring, powinien tak ukierunkować kamery, aby obejmowały wyłącznie własną posesję. Nie powinny również, jak się wydaje, obejmować części wspólnych, przykładowo drogi wewnętrznej, chyba że wszyscy sąsiedzi wyrażą na to zgodę.

Zadośćuczynienie za monitoring sąsiedzki?

Nie jest wykluczone otrzymanie zadośćuczynienia pieniężnego za monitoring sąsiedzki. Jednak znacznie trudniej uzyskać zadośćuczynienie niż sądowy zakaz nagrywania. Podstawą prawną będzie art. 448 Kodeksu cywilnego. W wyżej przywołanej sprawie o sygnaturze VI ACa 839/15 sąd zasądzić 5000 zł zwadouśćuczunienia za monitoring od sąsiada (choć powodowie żądali 10000 zł). Z kolei w sprawie I ACa 184/14 sąd odmówił zasądzenia zadośćuczynienia (tutaj powodowie żądali 20000 zł).

Monitoring sklepowy

Niedawno przewinęła się przez media informacja, że jeden z sieciowych sklepów zainstalował przy kasie kamerę służącą rozpoznawaniu płci i wieku klientów. Informacje w tym zakresie były zdawkowe, zatem trudno odnieść się konkretnie i precyzyjnie do tej sprawy. Warto jedynie wskazać, że przy stosowaniu takiego rozwiązania trzeba zachować wysoką ostrożność prawną. Monitoring, w tym monitoring sklepowy, jest kontrowersyjnym zagadnieniem prawnym. Przede wszystkim dwie kwestie będą wyznaczały ramy prawne dopuszczalności używania monitoringu:

  • ochrona danych osobowych
  • i ochrona dóbr osobistych.

Monitoring sklepowy a ochrona danych osobowych

Odnoście do ochrony danych osobowych trzeba w pierwszej kolejności wskazać, że wizerunek osoby może być daną osobową. W sprawie dot. kamer przy kasach chodziło jednak nie tylko o nagrywanie. Utrwalony wizerunek służył do przypisania danej osobie konkretnych właściwości. Wiemy, że chodziło o rozpoznawania płci i wieku. Na marginesie warto dodać, że płeć i wiek nie są wrażliwymi danymi osobowymi w rozumieniu ustawy o ochronie danych osobowych. Wracając jednak do sedna. Nawet jeśli nagrania nie są przechowywane, to jednak choć przez krótką chwilę są one wykorzystywane do określenia płci i wieku. Uważam, że to wystarczy, aby w pełnym zakresie stosować ustawę o ochronie danych osobowych. Innymi słowy, usunięcie nagrań po ich wykorzystaniu nie anuluje ochrony jaka trwała w chwili zbierania, a potem na potrzeby określenie wieku i płci.

Mamy dość dobre prawo chroniące dane osobowe. Nie jest wprawdzie idealne, lecz rzeczywiście służy ochronie danych osobowych. Niestety bardzo często spotkam można się z uproszczoną interpretacją regulacji o ochronie danych danych, tj. taką jaka być może znalazłaby uzasadnienie w treści ustawy w jej brzmieniu w latach dziewięćdziesiątych. Można zatem powiedzieć, że to co byłoby zgodne z XX-wiecznym brzmieniem tej ustawy, nie jest już zgodne z jej wersją z XXI wieku.

Pomijam już okoliczność, że obecnie jesteśmy w okresie oczekiwania na rozpoczęcie stosowania unijnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (tj. rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady UE nr 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych).

Monitoring sklepowy o ochrona dóbr osobistych

Jednak nawet dopełnienie wymogów związanych z ochroną danych osobowych nie zwalnia z odpowiedzialności za naruszenie dóbr osobistych. Wydaje się, że monitoring sklepowy można oceniać przez pryzmat analogicznych sytuacji związanych z monitoringiem sąsiedzkim. Jest już kilka orzeczeń sądowych na ten temat. Napisze o nich chyba w kolejnym wpisie. W każdym razie, odwołać należy się zatem do ochrony prywatności i wizerunku. Podstawą prawną będzie art. 23 i 24 Kodeksu cywilnego. W mojej ocenie, nie można wykluczyć że zaistnieją sytuacje, w której klienci sklepów mogliby powołać się na naruszenie ich dóbr osobistych poprzez nagrywanie ich w czasie zakupów. Zwłaszcza jeżeli jest to działanie stałe (a nie jednostkowe), a sklep wyraźnie nie poinformował o nagrywaniu.

Informatyzacja w praktyce

Od razu odpowiem na pytanie dlaczego dotychczasowa informatyzacja urzędów nie przyniosła zamierzonych efektów? Zastrzegam, że oczywiście są wyjątki. Niektóre zinformatyzowane usługi publiczne cieszą sie nie małym powodzeniem. Wracając jednak do odpowiedzi na postawione pytanie – nie korzystamy ze zinformatyzowanych urzędów, ponieważ obecnie jest to po prostu zbyt skomplikowane w porównaniu z dokonaniem czynności osobiście lub poprzez wysłanie papierowego listu.

Jeszcze inaczej ujmując odpowiedz – próg wejścia w komunikację elektroniczną jest zbyt wysoko zawieszony. Łatwiej poprzestać na tradycyjnych drogach komunikacyjnych. Nie trzeba nawet być ekspertem, aby dojść do takiego wniosku. Jeśli ktoś zobaczy pierwszy raz choćby stronę główną ePUAPu to prawdodpobnie nie będzie wiedział, kolokwialnie ujmując, o co chodzi. Choć w sumie i tak obecnie jest znacznie bardziej czytelne i zrozumiałe niż dawniej.

User experience design

Mam wrażenie, że systemy i portale informatyczne były dotąd tak tworzone, aby mogli je obsługiwać wyłacznie informatycy. Nie uwzględnia się, że maja to być narzędzia ogólnodostępne. Ich obsługa powinna być na takim samym stopniu skomplikowania jak obsługa przykładowo Facebooka. Czyli powinna być intuicyjna.

Wydaje mi się choćby, że na etapie projektowania ePUAPu i profilu zaufanego ePUAP (eGO) nie zadano sobie trudu odpowiedzi na pytanie – dlaczego lepsze miałoby być korzystacie z tych elektronicznych rozwiązań niż z tradycyjnej drogi komunikacji? Szybciej przecież nie jest. Nie jest rownież tak, że zmorą administracji są obecnie kolejki i e-administracja ten problem likwiduje. Kolejki są tylko przy okazji incydentalnych zdarzeń. Przykładowo w ostatnim dniu na dokonanie jakiejś czynności. Większym problem jest permanentny brak miejsc parkingowych przy urzędach. Ale to równie jest problem trywialny w takim stanie rzeczy. Przeciez komunikacja elektroniczna stanowi bardziej alternatywę dla przesyłania pism drogą listowną niż zastępowania osobistych wizyt w urzędach. Informatyzacja w zakresie komunikacji ma tylko wtedy sens jeśli wygodniej jest wysłać pismo drogą elektroniczną niż listownie. Wyjaśnić warto należy, że informatyzacja to znacznie szersze zagadnienie niż tylko wnoszenie pism. Jednak obywatel efektywność informatyzacji ocenia właśnie poprzez wygodę wnoszenia pism drogą elektroniczną.

Informatyzacja podmiotów publicznych w świetle spraw masowych

Obecnie wnoszenie pism drogą elektroniczną sprawdza się tylko przy cyklicznym ich dokonywaniu. Jeśli istnieje potrzeba wniesienia raz w życiu jakiegoś pisma, to nauka obsługi systemu do wnoszenia pism jest bezsensowna. I tutaj tkwi właśnie źródło problemu. Rozwiązania służące komunikacji elektronicznej muszą być prostsze niż wysłanie papierowego listu. Nie powinno być tak, że chęć wniesienia pisma drogą elektroniczną wiąże się z koniecznością nauki obsługi portal. Jeśli stawia sie system teleinforntyczny do obsługi korespondencji i wydaje jednocześnie kilkustronicową instrukcje obsługi dla użytkownika, to powinnien to być jasny sygnał dla administratorów i urzędników, że nikt, a w najlepszym razie prawie nikt, nie bedzie z tego korzystał. Oczywiście nie dotyczy to sytuacji kiedy informatyzacja przyniesie dodatkowe korzyści, przykładów obniżenie opłaty. Rozbudowane instrukcje obsługi warto tworzyć jeżeli mają służyć powtarzalnemu wnoszeniu pisma. W innym razie łatwiej po prostu wysłać papierowy list lub zanieść pismo osobiście do urzędu.

Rozplątując sieć: prawo wobec rozwoju technologii

Prowadzony przeze mnie blog „Prawo Internetu” objął patronatem medialnym, organizowaną przez Europejskie Stowarzyszenie Studentów Prawa ELSA Warszawa, konferencję pt. „Rozplątując sieć: prawo wobec rozwoju technologii”.

Konferencja odbędzie się w dniu 6 marca 2017 roku o godzinie 17:00, w sali nr 200 Budynku Zarządu Samorządu Studentów Uniwersytetu Warszawskiego przy ul. Krakowskie Przedmieście 26/28 w Warszawie.

Pierwszy panel konferencji dotyczył będzie aplikacji mobilnych. Poruszone zostaną kwestie wymogów, jakie muszą spełniać programy wprowadzane na rynek, a także problematyka aplikacji prawniczych oraz takich takich jak Uber czy PokemonGo.

Drugi panel konferencji poświęcony będzie przestępstwom i naruszeniam przetwarzania danych osobowych w sieci, w tym zagadnienie nienawiści w sieci, kradzieży tożsamości i nielegalnego przetwarzania danych osobowych.

Zapraszam!

eGO

Kilka słów tytułem wyjaśnienia. Ministerstwo Cyfryzacji postanowiło zastąpić wyrażenie „profil zaufany” słowem eGO. Nie wiadomo jednak co ma oznaczać taka zmiana? Czy nowa nazwa zostanie wprowadzona do aktów prawnych? Czy też może eGO ma być jedynie nazwą projektową i potoczną? Pojęciem prawnym pozostać miałby zaś profil zaufany? Nie jest dla mnie też jasne czy eGO ma zastąpić całą nazwę „profil zaufany ePUAP”, czy też jedynie „profil zaufany”? A zastąpione ma zostać sformułowanie „podpis potwierdzony profilem zaufanym ePUAP”.

Urzędowa strona internetowa poświęcona profilowi zaufanemu nie eksponuje nazwy „profil zaufany ePUAP”, lecz „profil zaufany”. Strona ta funkcjonuje od niedawna, ale ukazuje wyraźnie zamierzenie rozdzielania ePUAPu i profilu zaufanego. Wyjaśnię przy tym, że art. 3 pkt 14 ustawy o informatyzacji działalności podmiotów realizujących zadania publiczne zawiera definicję legalną „profilu zaufanego ePUAP”. Zatem to ostatnie pojęcie jest najwłaściwsze. Przywołany przepis stanowi, że „profil zaufany ePUAP” to zestaw informacji identyfikujących i opisujących podmiot lub osobę będącą użytkownikiem konta na ePUAP, który został w wiarygodny sposób potwierdzony przez właściwy organ.

Profil zaufany ePUAP w najnowszych aktach prawnych

W ostatnim czasie regulacje związane z profilem zaufanym zostały podane lekkiemu liftingowi w związku z uchwaleniem polskiej ustawy dostosowującej prawo polskiego do unijnego rozporządzenia eIDAS (zob. m.in. mój wpis: ”Polska ustawa o usługach zaufania”). Nie były to zmiany głęboko merytoryczne. Raczej redakcyjne. Niemniej akurat w przypadku profilu zaufanego można doszukać się w nowelizacji roztrzygnięcia istotnej kwestii dotyczącej profilu zaufanego ePUAP. Mianowicie, że podpis potwierdzony profilem zaufanym ePUAP to podpis elektroniczny, a konkretnie „zwykły” podpis, czyli ani nie zaawansowany, ani nie kwalifikowany.  Wynika to z nowego brzmienia art. 3 pkt 15 ustawy o informatyzacji działalności podmiotów realizujących zadania publiczne.

eGO w prawie

Nazwa „profil zaufany” nie była doskonała. Wprawdzie już się z nią oswoiłem, to jednak w chwili jej powstania kilka lat temu również wydawała mi się niezbyt dobra jako mało zrozumiała. Dziś jednak uważam, że jest nawet dość adekwatna. Zwłaszcza po wyraźnym rozdzieleniu ePUAPu od profilu zaufanego ePUAP. Jednak w przepisach prawnych ta nazwa „trzeszczy”. Regulacje posługują się długą i niezrozumiałą konstrukcją słowną „podpisu potwierdzonego profilem zaufanym ePUAP”. Zastąpienie tego przydługiego wyrażenia czymś bardziej jasnym byłoby pożądane. Ciekawe tylko czy byłaby to zmiana na podpis potwierdzony eGO, czy też byłoby powiedziane o komunikacji za pośrednictwem eGO bez wskazywania na podpis?

mDokument

Już na wstępie zaakcentuję, że moim zdaniem obecne działania z zakresu informatyzacji podmiotów publicznych powinny koncentrować się na ulepszaniu ePUAPu i profilu zaufanego ePUAP (eGO). W takim stanie rzeczy, elektroniczny dokument tożsamości (eID), określany ostatnio jako mDokument, powinnien być jedynie funkcjonalnością ePUAPu lub profilu zaufanego ePUAP. Nie chodzi jednak o trzymanie się obecnej nazwy lub konstrukcji ePUAPu. Celem powinno być uczynienie konkretnego rozwiązania wiodącym (centralnym) i jako takim standardowym dla informatyzacji. W efekcie wszystkie inne instrumenty informatyczne powinny być temu rozwiązaniu podporządkowane. Ewentualnie jedynie uzupełniać je o dodatkowe właściwości.

Nie jestem fanem ePUAPu, ale uważam że koncepcja, która przyświecała jego powstaniu, była i jest dobra. Poza tym to rozwiazanie już działa. Szkoda byłoby je całkowicie zlikwidować i tworzyć od początku inne. Nie wyklucza to jednak radykalnych modyfikacji dotychczasowych rozwiązań. Poza tym trzeba pamiętać o potrzebie przyszykowania systemu identyfikacji, który mógłbym zostać systemem notyfikowanym w rozumieniu unijnego rozporządzenie eIDAS (zob. m.in. mój wpis z maja 2016 r.: „Systemy identyfikacji elektronicznej w eIDAS”).

Obecne dokumenty a mDokument

Zastąpienie konieczności noszenia przy sobie papierkowych lub plastikowych dokumentów tożsamości przez posiadanie w telefonie komórkowym ich cyfrowych odpowiedników (mDokument) jest ciekawym pomysłem. Jest to przy tym rozwiazanie znane z obrotu gospodarczego. Już od dość dawna rożnego typu karty lojalnościowe, a ostatnimi czasy również karty kredytowe, można nosić w telefonie zamiast w tradycyjnym portfelu. Osobiście chciałbym tak przechowywać również dokumenty tożsamości. Dla mnie rownież noszenie sterty dokumentów jest kłopotliwe. Zwłaszcza samochodowego dowodu rejestracyjnego, który jest wyjątkowo mało poręczny:)

Niezależnie od przedstawionych ogólnych pozytywów dotyczącego mDokumentu, dostrzegam kilka mankamentów. Przede wszystkim nie jest dla mnie jasne na jakie problemy prawne odpowiedź stanowi stworzenie mDokumntu. Raczej nie jest on planowany jako system identyfikacji elektronicznej. Wydaje się, że ma służyć wyłącznie załatwianiu spraw w realu. Obawiam się jednak, że tak jak obecnie niechętnie wykorzystuje się do załatwiania spraw urzędowych elektroniczne kanały komunikacji, tak podobnie będzie w przypadku mDokumentu.

Co najważniejsze. W obecnych czasach nie jest oczywisty obowiązek posiadania dokumentu tożsamości. Można sobie wyobrazić przecież następujące rozwiązanie:

  • w razie potrzeby wykazania swojej tożsamości przed podmiotem publicznym podaje się temu organowi swoje nazwisko lub numer PESEL,
  • następnie podmiot ten sam weryfikuje tożsamość w swojej bazie, np. powiązanej z bazą PESEL.

Dokument tożsamości, w tym mDokument, nie jest do tego potrzebny.

Nadto wyłania się kwestia kompleksowości mDokumentu. Najlepszym przykładem jest już przywołany samochodowy dowód rejestracyjny. Jeśli wciąż istnieć będzie konieczność noszenia papierowego samochodowego dowodu rejestracyjnego, to dla mnie żadnym ułatwieniem nie będzie zdigitalizowanie jedynie dowodu osobistego lub prawa jazdy.

Aktualna informatyzacja a mDokument

Jednak zaproponowane rozwiazanie związane z mDokumentem wydaje się oderwane od dotychczasowych przedsięwzięć informatycznych. Nie mówię, że to całkiem źle, ale jeśli już stawiać na mDokumenty to może warto jednocześnie zrezygnować na ich rzecz z profilu zaufanego ePUAP (eGO). Najlepiej zaś, jak napisałem na wstępie, aby wykorzystać dotychczasową infrastrukturę profilu zaufanego ePUAP (eGO) i uczynić z mDokumentu jedną z jego funkcjonalności. Wystarczy jeden system identyfikacji (system zarządzania tożsamością) w podmiotach publicznych. Dwa to raczej już za dużo. Na pewno zaś lepiej, aby działał dobrze jeden system, a nie dwa średnio:)