Reklama w newsletterze blogera

Rośnie wśród blogerów popularność rożnego typu newsletterów, który niewątpliwie jest narzędziem służącym budowaniu relacji, utrzymywaniu zainteresowania i stymulowaniu zaangażowania, czyli szeroko ujmując – tworzenia społeczności. Choć nie jestem do żadnego newslettera zapisany, to wydaje mi się, że dość łatwo wkroczyć nimi w obszar niedozwolonego SPAMu. W świetle prawa to co potocznie nazywamy SPAMem, to niezamówiona informacja handlowa w rozumieniu ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

Sednem SPAMu jest brak zgody. Jeśli nie wyrażono zgody na otrzymywanie informacji handlowych, w szczególności reklam, to mamy do czynienia ze SPAMem. Co istotne, zgoda nie może być domniemana lub dorozumiana. Musi być zatem jednoznaczna. Samo zapisanie się na newsletter nie oznacza zgody na przesyłanie informacji handlowych, chyba że wyraźnie wskazano przy zapisywaniu, że może być ono rozsyłana.

SPAMowanie może mieć mieć w takich sytuacjach dwoisty charakter. Po pierwsze, informacją handlową może być sama reklama wpisu na blogu. Choć tutaj istniałby jednak pewne możliwość obrony przed zarzutem SPAMowania, gdyż można byłoby twierdzić, że właśnie istotą newslettera jest informowania o najnowszych wpisach na blogu (aczkolwiek nie jest to regułą, ponieważ nierzadko newslettery zawierają treści niedostępne na blogu. Po drugie, w newsletterze mogą być zawarte, pośrednio lub bezpośrednio, reklamy produktów promowanych przez blogera, analogicznie do reklam zamieszczanych na blogu (tzw. wpisy sponsorowane). Tutaj sytuacja jest już gorsza. Podobnie jeśli newsletter zawierałby wprawdzie jedynie informacje o wpisach na blogu, ale wpisy te zawierałby reklamę produktów. Wtedy również byłaby to informacja handlowa zawarta w newsletterze.

Trzeba zatem uważa z rozsyłaniem newsletterów, ewentualnie przy zbieraniu zapisów na niego, należy wprost żądać od czytelników zgody na otrzymywanie informacji handlowych.

Cywilnoprawne granice swobody wypowiedzi w Internecie

Niedawno ukazała się moja książka pt. „Cywilnoprawne granice swobody wypowiedzi w Internecie”. Zaprezentowałem w niej moje poglądy, ale wsparte dotychczasowym orzecznictwem sądowym i poglądami doktryny, na problematykę naruszenia dóbr osobistych poprzez przekroczenie granic swobody wypowiedzi. Granic tych nie można dokładnie określić, ponieważ każda sprawa wymaga indywidualnej oceny. Jednak można wyszczególnić kryteria pozwalające na ustalenie granic w konkretnym przypadku, czyli wyodrębnić okoliczności wpływające na zmniejszenie lub zwiększenie zakresu odpowiedzialności.

Każdy widzi, że język używany w Internecie jest specyficzny: dosadny i emocjonalny. Nierzadko wypisuje się coś bez zastanowienia. Ma to znaczenie dla oceny prawnej.

Skupiam się na problematyce cywilnoprawnej, ponieważ uważam, że jest ona najbardziej adekwatna dla sankcjonowania słownej krytyki. Neguję potrzebę ochrony prawnokarnej, czyli karania za przestępstwa, w szczególności wobec faktu, że ujęcie w precyzyjne ramy prawa karnego obiegu informacji w Internecie wydaje się mało realne z uwagi na coraz bardziej skomplikowaną konstrukcję przestrzeni wirtualnej.

W książce poruszam takie kwestie jak m.in.:

  • rola szerokiego kręgu odbiorców,
  • działanie publiczne i w interesie publicznym,
  • pośrednie (poprzez odesłania, czyli linki) rozpowszechnianie wypowiedzi,
  • trwałość wypowiedzi internetowej,
  • usunięcie skutków przekroczenia granic swobody wypowiedzi,
  • krytyka konsumencka,
  • współczesne pojmowanie prasy,
  • wypowiedzi w mediach społecznościowych, w komentarzach i na forach internetowych,
  • anonimowość i znaczenie tożsamości internetowej,
  • środki indywidualnego porozumiewania się na odległość (komunikatory elektroniczne).

Czy filmiki w Internecie to telewizja?

Innymi słowy, czy filmiki (vlogi i inne) podlegają pod ustawę o radiofonii i telewizji, a fachowo mówiąc, czy takie filmiki są audiowizualnymi usługami medialnymi na żądanie (tzw. VOD)?

Mogą być. Trzeba liczyć się z zakwalifikowaniem działalności video w Internecie jako prowadzenie telewizji, a konkretnie dostarczanie audiowizualnych usług medialnych na żądanie, ponieważ nikt oczywiście nie twierdzi, że twórcy internetowi emitują program telewizyjny. Nie o niego chodzi, lecz o VOD, który też jest telewizją w rozumieniu ustawy o radiofonii i telewizji.

Wyraźnie należy jednak zaakcentować, że nie oznacza to, że wszystkie filmiki w Internecie podlegają pod ustawę o radiofonii i telewizji. To zależy od wielu czynników. Tytułem przykładu: Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w wyroku z 21.10.2015 r. (w sprawie New Media Online GmbH przeciwko Bundeskommunikationssenat, numer sprawy C-347/14) uznał, że gazeta internetowa, która stworzyła serwis z materiałami video na różne tematy (miała tam ok 300 filmików) jest dostawcą audiowizualnych usług medialnych na żądanie.

Konkursy na blogu

Organizując konkurs na blogu lub w ramach innego serwisu należy mieć na uwadze, że tym samym wchodzi się na niebezpieczny grunt z punktu widzenia prawa. Ryzyko prawne związane z organizacją konkursu wiąże się z możliwością uznania przez organy państwowe, że jest to loteria. Z kolei loteria to hazard, zaś organizacja gry hazardowej wymaga spełnienia szczególnych warunków. Poprzeczka jest jednak postawiona tak wysoko, że tylko większe firmy mogą sobie pozwolić na koszty związane z organizacją hazardu.

Rodzi się zatem pytanie kiedy konkurs jest loterią? Odpowiedz jest prosta: zawsze kiedy występuje element losowy. Jeśli wynik konkursy choć w małej części będzie zależał od przypadku, a nie jakiegoś konkretnego kryterium, to taki konkurs będzie loterią, czyli grą hazardową. Każde losowanie to loteria.

W przypadku organizacji na blogach należy unikąć wszelkiej losowości. Choć wydaje się, że rozstrzygnięcia w oparciu o losowanie jest najuczciwszym sposobem wyłonienia zwyciescy, to faktycznie taki mechanizm jest niedozwolony. Konkursy muszą być rozstrzygane w taki sposób, aby wybór zwyciescy nie był przypadkowy.

Unieważnienie Safe Harbor przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej

W sprawie C‑362/14 (Maximillian Schrems przeciwko Data Protection Commissioner) Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł nieważność Safe Harbor, która, w uproszczeniu ujmując, umożliwiała proste przesyłanie danych osobowych z państw członkowskich Unii Europejskiej do USA. A tymczasem na takim przesyłaniu danych, jak można przypuszczać, opiera się funkcjonowania sporej części, o ile nie wszystkich, usług Facebooka, Google, Apple i wielu innych portali i mediów. Sprawa ta zresztą dotyczyła wprost Facebooka, ale skutki dotkną wszystkich.

Nie należę do osób, które opowiadają się za silną ochroną danych osobowych, czemu kilkukrotnie dałem wyraz na niniejszym blogu. Jeśli ochrona ta przeszkadza w rozwoju technologicznym powinna zostać złagodzona. Ale stan prawny obecnie tego nie uwzględnia i daje absolutny priorytet ochronie danych osobowych. Tylko na marginesie wyjaśnię, że moje stanowisko wynika w szczególności z faktu, że istnieją tak duże możliwości wykorzystania nowych rozwiązań technologicznych w medycynie, w tym w zakresie e-zdrowia (zachęcam do przeczytanie moich postów na temat aplikacji zdrowotnych), iż prawo nie powinno stawiać bariery rozwojowych. Poza tym szerokie wykorzystywanie danych osobowych, zwłaszcza przez różnego typu aplikacje mobilne, znacząco poprawia wygodę codziennych czynności.

Jakie mogą być skutki orzeczenia?

Raczej amerykańscy giganci nie wycofają się z rynku europejskiego „na złość” organom unijnym. Albo tak ułożą biznes, że nie trzeba będzie przekazywać danych do USA, albo też znajdą inną drogę prawną ku takiemu przekazywaniu (jest nawet parę takich innych możliwości).

Obawiam się jednak, że może nastąpić odcięcie mieszkańców UE od nowoczesnych rozwiązań technologicznych, w tym bazujących na szeroko rozumianej sztucznej inteligencji, jak też z zakresu Internetu Rzeczy. Te rozwiązania muszą korzystać z danych osobowych, a jak nie będzie możliwości ich przetwarzania, to i rozwiązań nie będzie. Ewentualnie amerykańskie rozwiązania zaczną być stosowane w UE ze znacznym opóźnieniem.

Choć można też na problem patrzeć od tej strony, że rodzi się większe pole do działania dla firm europejskich, które będą mogły przeprowadzać w UE operacje na danych osobowych na znacznie lepszych warunkach niż firmy amerykańskie.

Kiedy stajemy się przedsiębiorcami?

Internet stwarza wiele możliwości zarobkowania. Uczynienie z niego stałego źródła dochodu może spowodować zakwalifikowanie danej osoby jako prowadzącą działalność gospodarczą, a zatem będącą przedsiębiorcą. Nie ma znaczenie wola lub brak woli co do zostania przedsiębiorcą. Jeśli aktywność danej osoby wypełnia cechy działalności gospodarczej jest ona przedsiębiorcą.

Działalność gospodarczą trzeba zarejestrować. Ale rejestracja jedynie potwierdza fakt bycia przedsiębiorcą. Nawet bez rejestracji można zostać potraktowanym przez organy publiczne jako przedsiębiorca, a dodatkowo ukaranym za brak zarejestrowania działalności.

Działalność gospodarcza ma trzy cechy:

  1. zarobkowość
  2. ciągłość
  3. zorganizowany charakter

Zarobkować jest rozumiana szeroko. Obejmuje rownież otrzymywanie wynagrodzenia z reklam. Ciągłość należy rozumieć przede wszystkim jako przeciwieństwo zajęć dorywczych. Ciągłość zakłada rownież nieprzerywany charakter tej działalności, jednak wszelkie zaplanowane przerwy nie wykluczają ciagłości. Miarodajne jest jedynie celowe i ostateczne przerwanie działalności (jednak chodzi o zamiar ostateczności w chwili zaprzestawania prowadzenia działaności, co nie wyklucza zmiany zdania w tym zakresie w późniejszym terminie).

Przesłanka zorganizowania jest najciekawsza z punktu widzenia działalność internetowej. Organizacja biura lub innego zakładu pracy (nawet przeznaczonego tylko dla jednej osoby) niewątpliwie świadczy o zorganizowanym charakterze. W działalności internetowej jednak zazwyczaj nie ma biura i temu podobnych rozwiązań instytucjonych. Nie wyklucza to jednak zorganizowanego charakteru działalności, ponieważ można mówić rowniez o zorganizowani działaności jako posegregowaniu dokumentacji na dysku komputera.

Zdaje siebie sprawę, że powyższa analiza nie odpowieda na wszelkie wątpliwości. Cechy działalności gospodarczej są z zasady płynne i nie ma jasno określonych granic, kiedy zaczyna się wypełniać określoną przesłankę.

Charakter prawny lajków

W mojej ocenie, w świetle prawa lajki np. na Facebooku traktować należy jako oświadczenia wiedzy. Lajkowanie z zasady nie zobowiązuje do niczego, a jedynie stanowi  wyraz tego, że oceniamy coś jako fajne, czyli oświadczamy swoją wiedzę na dany temat .

Nie jest wykluczone jednak złożenie poprzez lajka oświadczenia woli (a nie wiedzy), czyli takiego oświadczenia, z którego będą wynikały określone prawa i obowiązki.

Inaczej przedstawiając kwestię, istnieje mozliwość, że poprzez danie lajka zostanie zawarta umowa. Wymagałoby to jednak zajścia szczególnych okoliczności, w szczególności w poście pod którym się lajkuje konieczne byłoby jednoznaczne oświadczenie o konsekwencja dania lajka. Nie może być wtedy wątpliwości, iż następuje odstępstwo od zwyczaju jakim jest posługiwanie się lajkiem jako oświadczeniem woli.

Zarabianie na reklamach jako działalności gospodarcza

Najprostszym i najpopularniejszym sposobem komercjalizacji (monetyzacji) bloga, vloga lub innych filmików na YouTube jest dopuszczenie reklam w ramach AdSense.

Odróżnić trzeba jednak dwie sytuacje:

Osoba chce prowadzić działalność gospodarczą i swój model biznesowy opiera m.in. na przychodach z reklam

Taka sytuacja jest jak najbardziej dopuszczalna. Wiele podmiotów czerpie zyski wyłącznie z reklam, przykładowo komercyjne telewizje lub radio. Może również być lepsza pod względem podatkowym. Zazwyczaj prowadzenie działalności gospodarczej przynosić będzie dodatkowe profity przy dochodach rocznych (nie tylko z reklam, ale ze wszystkiego) przekraczających 85528 zł, lEco próg opłacalności założenia działalności gospodarczej może przypaść już na znacznie niższe dochody. Wszystko zależy od indywidualnych przypadków, głównie od tego jakie nakłady (w sensie jakie wydatki) ponosi się na swoją działalność.

Osoba nie che prowadzić działalności gospodarczej, a jedynie chce sobie „dorobić” na reklamach

W takiej sytuacji może zaistnieć problem, ponieważ to czy ktoś prowadzi działalność gospodarczą, czy nie prowadzi, nie zależy od tego co się chce lub zamierza, lecz od tego co się faktycznie robi. Może być zatem tak, że ktoś nie chce prowadzić działalności gospodarczej, ale w ocenie organów publicznych jego dochody kwalifikują się pod wykonywanie działalności gospodarczej.

W kontekście otrzymywania dochodów z reklam kontekstowych niektórzy uważają, że dla uniknięcia zakwalifikowania pod prowadzenie działalności gospodarczej wystarczy wypłacać wynagrodzenie z reklam raz na rok, albo nawet rzadziej – w każdym razie nieregularnie i w długich okresach czasu. Mnie takie stanowisko nie przekonuje. Nieczęste i nieregularne wypłaty nie mają wpływu na kwalifikację pod działalność gospodarcza. Mała częstotliwość wypłat nie zmienia faktu, że zarabia się stale i regularnie. W mojej ocenie przeszkodą dla uznania aktywności internetowej za działalność gospodarczą może być niezorganizowany charakter takiej pracy. Przykładowo wtedy, kiedy publikowanie w Internecie nie jest jedyną sferą aktywności zawodowej, lecz działalnością całkowicie uboczną, wręcz osobistą i hobbistyczną.

Niedługo zamierzam opublikować kolejny wpis związany z zakwalifikowanie pod prowadzenie działalności gospodarczej, zatem zachęcam do jego odnalezienia za pomocą poniższego tagu „Działalność gospodarcza”.